Wyniki listopadowych wyborów do sejmu i senatu wskazywały na spadek entuzjazmu dla instytucji nowo tworzonego państwa. Patriotyczne i obywatelskie postawy wypierane były przez partykularyzm partyjny, narodowy, klasowy. W wyborach do sejmu frekwencja wyniosła 68%, przy czym na przykład na Pomorzu w głosowaniu uczestniczyło aż 90% uprawnionych, a w woj. stanisławowskim, gdzie Ukraińcy wezwali do bojkotu, głosowało zaledwie 32%.

Wpływy straciły ugrupowania centrowe, wzmocniły się partie lewicy i blok mniejszości narodowych, ale największym beneficjentem była Chrześcijańska Jedność Narodowa, uzyskując 29% mandatów w sejmie i 36% w senacie. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem było porozumienie stronnictw prawicy i centrum, tj. ChJN i PSL „Piast", którą to koalicję przeciwnicy w 1923 okrzyknęli „Chjeno-Piastem". Sprawdziła się ona przy wyborze marszałków, choć i tak pod względem prestiżowym najważniejszy był wybór prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe.

W trakcie kolejnych głosowań odpadali kandydaci z najmniejszą liczbą głosów. W końcu pozostali: Maurycy Zamoyski - ziemianin i dyplomata zgłoszony przez ChJN oraz Gabriel Narutowicz - kandydat popierany przez PSL „Wyzwolenie", mniejszości narodowe, a także PPS i PSL „Piast". I ten mało znany polityk (do niedawna profesor w Zurychu) został pierwszym prezydentem RP. Pozorne słabości jego kandydatury można było przekuć w atuty. Wybór Narutowicza, wspieranego przez mniejszości narodowe, przeczył oskarżeniom Polski o nacjonalizm. Jako były emigrant, bez partyjnego zaplecza, nie był obciążony polskimi sporami wewnętrznymi, a jako ekspert miał lepsze rozeznanie w gospodarce. Jego pierwsze decyzje o ministerstwach dla endeków wskazywały na pragmatyzm. W atmosferze nagonki, którą rozpętali przeciwnicy prezydenta, nie liczyły się jednak racjonalne argumenty.

Porażka prawicy była bardziej prestiżowa niż polityczna.

Endecja nadal dominowała w sejmie, a jej liderzy, wykorzystując swoją przewagę oraz zróżnicowanie prezydenckiego zaplecza, mogli zdobyć realną władzę przez rząd, prasę i ulicę. Zdecydowali się na ten ostatni środek nacisku, organizując manifestacje już w dniu wyborów prezydenta. Narutowicz stał się dla prawicy „zawadą" (jak tytułowała go prasa) na drodze do władzy, czyniono zeń Żyda, masona, ateistę, „wyzwanie rzucone narodowi polskiemu". Na kolejnych demonstracjach endecy nawoływali do „bojkotu władzy" w obliczu „zdrady narodowej". Zapowiadano, że „popłyną rzeki krwi". Prezydenta, jadącego powozem w asyście wojska, zaatakowano kulami śniegu i błota. Znieważano także posłów lewicy i ludowców.

Sam prezydent zachował zimną krew, złożył przysięgę i przejął władzę z rąk Naczelnika Państwa, który wcześniej żądał nadzwyczajnych pełnomocnictw dla „uspokojenia ulicy". Nikt jednak nie kwapił się ze wzmacnianiem pozycji ustępującego Piłsudskiego, podobnie jak brakowało zdecydowanej reakcji policji na niegasnące zamieszki. Kontrdemonstracje organizowane przez PPS wzmagały tylko napięcie, w ferworze walk padły pierwsze ofiary. W sejmie próbowano zbijać kapitał polityczny na tym konflikcie: posłowie PPS i PSL „Wyzwolenie" postulowali powołanie komisji śledczej do wskazania inicjatorów zajść, a posłowie prawicy wnioskowali o zawieszenie krzyża w sali sejmowej, licząc, że ostra dyskusja w tej sprawie odwróci uwagę od zajść. Tymczasem Gabriel Narutowicz rozpoczął wypełnianie obowiązków głowy państwa, odwiedzając między innymi warszawską galerię Zachęta. Tam też, 16 grudnia, został zastrzelony przez niezrównoważonego artystę malarza o endeckich sympatiach.

Groza pierwszego w dziejach Polski „królobójstwa" na moment zahamowała bratobójcze walki. Ignacy Daszyński powstrzymał socjalistów przed działaniami odwetowymi, które zresztą miały prowadzić do wprowadzenia niedemokratycznych rządów Piłsudskiego. Liderzy endecji starali się uspokoić własne szeregi, ale bez specjalnej ekspiacji, czego symbolem był tytuł artykułu czołowego publicysty prawicy: Ciszej nad tą trumną. Pojawiły się też inicjatywy celebrowania pamięci sprawcy zamachu (rozstrzelanego po procesie) jako „męczennika za sprawę narodową". Zamawiano msze święte w jego intencji, co w końcu potępił Episkopat w liście pasterskim oraz sejm w specjalnej uchwale.

Na krótki czas głową państwa został marszałek sejmu Maciej Rataj, który zwołał Zgromadzenie Narodowe w celu wyboru nowego prezydenta. Został nim socjalista Stanisław Wojciechowski, który już wcześniej kandydował na to stanowisko i miał poparcie tych samych ugrupowań co Narutowicz. Tym razem endecja wybór ten przyjęła spokojnie, choć prezydentem był działacz PPS, związany niegdyś z Piłsudskim. Na czele rządu stanął gen. Władysław Sikorski, który wprowadził w Warszawie stan wyjątkowy.

Głęboki kryzys polityczny, który doprowadził Polskę na skraj wojny domowej, świadczył o słabości państwa, nieodpowiedzialności elit, braku politycznego wyrobienia mas. Ujawniły się profaszystowskie sympatie środowisk endeckich, zachwyconych Mussolinim, a z drugiej strony widoczne było przyzwolenie wielu socjalistów na dyktaturę wojskową jako sposób rozwiązania problemów politycznych, bez oglądania się na demokrację i praworządność. Taka ewolucja postaw partyjnych sprzyjała Józefowi Piłsudskiemu, który, rezygnując z ubiegania się o stanowisko prezydenta (a mógł liczyć na wygraną w wyborach), odsuwał się powoli w cień polskiej polityki, zachowując nieformalne wpływy i pamięć o tragicznych początkach demokracji w odrodzonej Rzeczypospolitej.

Twoja Ocena