Do dziś nie wiadomo, czy Neron sam podpalił Rzym. W tamtych czasach oficjalnie obwiniono o to chrześcijan - byli „zwyczajowo podejrzani". Kto jednak w roku 64 n.e. faktycznie podpalił Rzym i dlaczego?

W niniejszym rartykule zajmuję się problemem wzbudzającym wśród historyków ciągle wiele emocji, prowokującym rozliczne dyskusje, a mimo to pozostającym nadał nie rozwiązanym.

Tak Gerard Walter, francuski pisarz, jeden z licznych współczesnych biografów Nerona, rozpoczyna rozdział o podpaleniu Rzymu.

Po upływie dziewiętnastu wieków muszę - jako biograf Nerona - zająć się problemem, który zdominował historię jego życia, a który nawet jemu współcześni, biorący udział w tym zdarzeniu, nie byli w stanie rozwiązać. Po zapoznaniu się ze wszystkimi dokumentami, przemawiającymi zarówno za, jak i przeciw, jestem przekonany, że przy dzisiejszym stanie wiedzy na ten temat, zajęcie jednoznacznego stanowiska jest niemożliwe. Ograniczę się zatem do tego, aby przedstawić czytelnikowi materiały źródłowe, tak jak zostały one nam przekazane, opatrując je jedynie krótkimi uwagami, nasuwającymi mi się w czasie lektury niejasnych i sprzecznych fragmentów, na które można natknąć się w tekście. Interpretację pozostawiam czytelnikowi.

Biografia ta ukazała się w 1955 roku. I nadal możemy jedynie snuć przypuszczenia, co jest prawdą. Jednakże nie wszystkie biografie Nerona zawierają tyle faktów, co do prawdziwości których istnieją wątpliwości. Zadziwiające jest, jak rozbieżne są sądy i oceny, a nawet opisy szczegółów w przykładowo wybranych, nowych biografiach Nerona. W swoich dziełach o Neronie (z lat 1954 i 1969) Włoch, Carlo Maria Franzero, i Anglik, B.H. Warmington, przedstawili, każdy z osobna, inny opis pożaru Rzymu i tym samym inny stan faktyczny niż Walter. Trzej wymienieni autorzy są jednak reprezentatywni, dlatego ograniczamy się do ich prac jako źródeł. Wszyscy trzej opierają się na tych samych tekstach źródłowych, dochodząc do całkowicie różnych wniosków.

„Pożar trwał sześć dni i siedem nocy. Nic nie mogło powstrzymać płomieni; ich nieposkromiona dzikość, niszcząca wszystko, co napotkała na swojej drodze sprawiała, że nawet najodważniejsi tracili odwagę. Wkrótce pierwsza, druga, trzecią i piąta dzielnica przypominała gigantyczny stos, w którym mieszkańcy, przeważnie ogniści południowcy, widzieli znikające w płomieniach świątynie Izis i Serapisa i swoje domostwa. Krzyki dzieci, pełne strachu zawodzenie kobiet, zamieszanie spowodowane ucieczką jednych i bezładną krzątaniną tych, którzy chcieli pomóc, spowodowały chaos, w którym jeden przeszkadzał drugiemu. Zapadające się domy, tryskające pod niebo fontannami iskier, przenikliwe krzyki tych, którzy umierali pod ruinami, duszący dym, który wiatr zamieniał w dławiące, gęste tumany, kradzieże i plądrowanie - wszystko to przypominało piekło i czyniło z całości trudną do opisania tragedię..."

Opis ten jest oczywiście czymś więcej niż tylko zwykłym przedstawieniem faktów, ponieważ poezja i fantazja odegrały w nim niebagatelną rolę.

Trzeci autor pisze co następuje:

Najbardziej sensacyjnym wydarzeniem za czasów Nerona był wielki pożar Rzymu w roku 64 n.e., a pewność co do odpowiedzialności Cezara za tę katastrofę stała się w późniejszych czasach istotnym elementem legendy Nerona. Pożar wybuchł w nocy z 17 na 18 lipca w tej części Cyrku, która leżała najbliżej Palatynu i Eskwilinu, a tym samym dopiero co wybudowanego pałacu Nerona...

Neron, i to jest fakt sprawdzony, znajdował się w tym czasie w odległej o około 40 km nadmorskiej miejscowości Ancjum (która była miejscem jego urodzenia). „Spał niewątpliwie"*, kiedy 19 lipca między 1 a 2 w nocy dotarł do niego pierwszy posłaniec z Rzymu z wiadomością, że Cyrk płonie, a ogień wkrótce dotrze do cesarskiego pałacu.

Już w tym momencie relacje biografów nie są zgodne, mimo że chodzi tu jedynie o drobne niuanse - badacze nie mogą się zgodzić ani co do tego, czy ów posłaniec był pierwszy, czy pierwszy posłaniec przybył do Nerona już 18 lipca, przynosząc jedynie ogólne wiadomości o pożarze, ani co do tego, co Nero zrobił później. Czy wrócił „natychmiast" do Rzymu („... a Cezar wskoczył na konia i spinając go ostrogami pognał..." - co jest bardzo kwiecistym opisem przystającym bardziej do powieści niż do relacji opartej na faktach), czy też najpierw pozałatwiał kilka swoich spraw, poczeka! na relacje dalszych posłańców, a potem - niekoniecznie „spinając konia ostrogami", lecz może raczej w uporządkowanym szyku, acz spiesznie powrócił do Rzymu...

„Cezar przebywał w swojej willi w Ancjum, kiedy zameldowano mu przybycie kuriera z bardzo pilnym posianiem; posłaniec rzucił się Cezarowi do stóp dysząc: »Rzym płonie!* Ktoś zapytał lakonicznie: »Znowu? I cóż z tego? Czy straż nie może go ugasić?* Ale kurier z rozpaczą zatoczył ręką koło: »Całe miasto w ogniu!*"

Powtarzamy: przy tym szeroko rozpowszechnionym sposobie pisania biografii -który przypomina swym stylem styl powieściowy i sprawia wrażenie, że biografowie żyjący w XIX wieku byli świadkami opisywanego zdarzenia, gdy tymczasem ich rola ograniczała się jedynie do wprowadzania ozdobników do tekstów źródłowych - nie zadziwia fakt, że czytelnik stwierdza wiele rozbieżności i z czasem staje się nieufny.

„Kiedy czytam powiesić o Neronie z góry zakładam, że autor, od którego przecież nikt nie wymaga dokładnego opisu wydarzeń historycznych, posłuży się fantazją, jeżeli jednak sięgam po dzieło jednoznacznie biograficzne, chciałbym dowiedzieć się jedynie czegoś o udowodnionych (możliwych do udowodnienia) faktach, a nie wczytywać się w fantastyczne wizje zdarzeń, proponowane przez autora, który tak samo jak i ja nie był przy tym obecny..."

Trudność polega na tym, że nawet „ścisłe" historyczne biografie nic mogą się całkowicie obejść bez opowiadania, odmalowywania uczuć, co jednak, jak widać na podanych przykładach, łatwo może doprowadzić do powstania nieścisłości, także w odniesieniu do faktów. Kwestia czy kurier „z rozpaczą zatoczył ręką koło" czy też zachował się inaczej, albo czy ktoś „lakonicznie** zapytał: „Znowu? I cóż z tego?*' czy też nie, jest oczywiście bez większego znaczenia. Air jeżeli ten poetycki styl (jak to już zaznaczyliśmy) rozpanoszy się w - mającym mieć znamiona ścisłego - stylu biograficznym, nie powinien dziwić fakt, że ważne i istotne fakty przedstawione będą w sposób dosyć zróżnicowany.

Można naturalnie od razu zasugerować aby ten, komu nic odpowiada taka metoda pisania biografii, sięgnął po teksty źródłowe, a więc sprawozdania i źródła spisane przez ludzi żyjących w tym czasie lub bezpośrednio potem, tzn. historyków’ i naocznych świadków', na relacjach i przekazach których oparte są biografie. Innymi słowy, należy opierać się na literaturze prymarnej, a nie sekundarnej lub zgoła pochodzącej z trzeciej ręki.

Gdybyż to było takie proste. Literatura prymarna w przypadku Nerona i pożaru Rzymu to Tacyt, Seneka, Pliniusz Starszy i pewna liczba mniej lub bardziej autentycznych sprawozdań naocznych świadków. Po pierwsze: Tacyt nie był bezpośrednim świadkiem, lecz potomkiem następnej dopiero generacji; po drugie: nawet literatura prymarna różni się w wypowiedziach świadków, w danych dotyczących przekazu faktów, ich ukazania i wartościowania...

Nic pozostaje więc nic innego jak ograniczyć się do faktów przedstawionych synoptycznie i do nich dodawać zmieniające się fakty, aby potem, jak zrobił to Walter, pozostawić czytelnikowi wyciąganie wniosków. Jako że nie można było i nie można do dziś jednoznacznie stwierdzić, które fakty są bezspornie niepodważalne. Nasuwa się drastyczne porównanie z historii najnowszej, mianowicie zamordowanie prezydenta USA w Dallas w 1964 roku. My wszyscy, o ile należymy do trochę starszej generacji, byliśmy dzięki telewizji prawie naocznymi świadkami zamachu na Kennedy* ego. Jest to wydarzenie współczesne. Ale do dzisiaj pozostało wiele niejasności i wątpliwości co do tego, co się właściwie zdarzyło oraz ile jest prawdy w oficjalnej wersji, a ile fałszu, ile w niej zatajono. Pod wieloma względami odnosi się to także do Nerona i pożaru Rzymu. Źródła różnią się w szczegółach, opisach lub przypuszczeniach, nie mówiąc już o ocenach. Sporny w tych źródłach jest już np. fakt, czy (jeżeli w ogóle ów epizod miał miejsce) upojony ogniem Neron patrzył na płonący Rzym i opiewał -akompaniując sobie na lirze - zagładę Troi, tj. Rzymu. Fakt określony jako „barbarzyństwo nie mające sobie równych".

Być może fakt taki byłby barbarzyństwem, gdyby był autentyczny...

Nic ulega wątpliwości, że w momencie wybuchu pożaru Nerona nie było w Rzymie, że stosunkowo szybko powrócił, energicznie i gorliwie brał udział w gaszeniu pożaru i angażował się w pracę służb ratowniczych; następnie zainicjował program odbudowy miasta. Faktem jest także, że obywatele, a później różni przeciwnicy i mówcy obwiniali go i nazywali „podpalaczem Rzymu", nie mając na to konkretnych dowodów, dając jedynie upust rozpaczy i ogólnej wrogości.

Należałoby w tym miejscu wyjaśnić, że ogólnie przyjęty, schematyczny wizerunek Nerona jako perwersyjnego, brutalnego, okrutnego, a w końcu nawet szalonego Cezara, też mija się z prawdą. Był rozrzutny, brutalny, okrutny i ekstremalny w reakcjach, ale nie różnił się pod tym względem od sobie współczesnych. Był także głęboko przekonany, że jest raczej artystą niż politykiem i mężem stanu. Jako „artysta" - bard, pieśniarz -nie był tak mierny; to współczesne kino zrobiło z niego żałosnego dyletanta. Na pewno nie był wybitnym pieśniarzem, a cześć pochwał, jaka go obdarzano, była jedynie pochlebstwem dla absolutnego władcy; jego poetyckie (pieśniarskie) umiejętności stały na przeciętnym poziomie; w żadnym razie jednak nie był błaznem. We wszystkich właściwie opisach jawi się zarówno podczas, jak i po pożarze Rzymu jako nadzwyczaj poważny, aktywny, rozważny i energiczny władca. To na marginesie. Inną sprawą jest, że w ostatnich czterech latach życia wzmogła się znacznie jego rozrzutność i ekscentryczność.

Jeszcze inną historią są jego niecne czyny, poczynając od zamordowania matki, a kończąc na stratowaniu pod wpływem alkoholu swej ciężarnej żony, Poppei. Rozpatrując owe ekscesy należy, jakkolwiek zabrzmi to z perspektywy dzisiejszego prawodawstwa okrutnie, pamiętać o sprzyjającym czasie i przysługujących mu przywilejach władcy. Większość innych rzymskich władców też ma niejedno na sumieniu. Na przykład Kaligula, jeden z jego poprzedników, przerastał go znacznie pod tym względem. W Cesarstwie Rzymskim i w tamtych czasach obowiązywały inne normy. Dlatego nie można oceniać Nerona i jego politycznych i prywatnych morderstw oraz okrucieństw podczas przedstawień cyrkowych i w czasie prześladowań chrześcijan ostrzej, niż innych wówczas panujących władców i ich czynów. Ale to także tylko dygresja.

Argumentowano: Neron rzecz jasna nie musiał podłożyć ognia własnoręcznie, czyli że jego nieobecność nie jest okolicznością łagodzącą, a możliwe, że jedynie za inscenizowanym alibi. Argumentowano: Neron miał dalekosiężne plany rozbudowy Rzymu, dlatego potrzebował pożaru. Argumentowano: cała jego akcja pomocy w czasie szalejącego pożaru służyła jedynie wzmocnieniu alibi. Wszystko to mogło się wydarzyć, ale obok każdego „za" istnieją też uzasadnione i przekonujące „przeciw". Jednym z nich jest na przykład stwierdzenie, że gdyby sam podłożył ogień (albo to zlecił), nie uczyniłby tego tak, aby jego pałac spłonął jako jeden z pierwszych. Przyjmując nawet, że było to częścią jego alibi, albo że jego dopiero co ukończony pałac z jakichś tam względów mu nie odpowiadał albo się nic podobał, i że jego zniszczenie co najmniej brał pod uwagę, i to nie tylko ze względu na alibi, to należałoby przyjąć, że przynajmniej zabezpieczyłby swoje tam zgromadzone skarby; a nie ma  zewnętrzny wał ochronny małej osady. Za warstwą kamieni znajdowała się ściana z drewna. Owa ściana przypadkowo zajęła się ogniem i spaliła doszczętnie, a wysoka temperatura, która wtedy powstała, spowodowała zeszklenie kamieni.

To przypuszczenie opiera się na spostrzeżeniu, że jedynie wewnętrzne kamienie uległy zeszkleniu, na zewnętrznych zaś nie ma takich śladów'. Teza zakładająca wypadek nie jest jednak zbyt wiarygodna. Trudno założyć, że setki podobnych kamiennych „kompleksów’ osadniczych" zostało zniszczonych w ten sam sposób, przez przypadkowe pożary.

Drugie przypuszczenie

Przyczyną są nie przypadkowe pożary, ale potyczki wojenne. Wrogowie podpalali osady, powodując zeszklenia kamieni. Także przeciwko tej tezie przemawiają te same argumenty, co przeciwko pierwszej. Poza tym istnieje poważny kontrargument w postaci obiektu w Konckferrel w Szkocji. Tam dla odmiany zeszklenia występują jedynie po zewnętrznej stronie muru. Spalenie osady od wewnątrz nie wchodzi więc w rachubę. Teza, że atakujący wrogowie ułożyli na zewnątrz murów stos drewna i podpalili go jest mało prawdopodobna, nawet gdyby wbrew logice przyjąć, że mieszkańcy biernie przyglądali się tym zabiegom. Aby doszło do zeszklenia kamieni trzeba by naprawdę gigantycznego ognia, i to wokół całego muru. W tym wypadku byłoby niemożliwe, aby tak ogromny ogień nie przeszedł na budowle wewnątrz muru.

Trzecie przypuszczenie.

Zeszklenia pochodzą jeszcze z czasów prehistorycznych. W zamierzchłej przeszłości wybuchy wulkanów spowodowały zeszklenie kamieni. W czasach historycznych zbierano spieczone i zeszklone kamienie z wygasłych już wulkanów i używano ich jako materiału budowlanego. Tego twierdzenia nie można nawet w przybliżeniu traktować serio. Bo i gdzie miałyby się owe wulkany znajdować? W samej Szkocji zachowało się do dziś około 60 obiektów z zeszklonymi kamieniami, ale nigdzie nie ma jakichkolwiek śladów wygasłych wulkanów.

Czwarte przypuszczenie.

Szklenie i spiekanie kamieni miało się odbywać w specjalnie zbudowanych piecach. Przeciwko tej tezie przemawia fakt, że nigdzie nie znaleziono najmniejszych śladów takich pieców. Nie mówiąc już o tym, że wobec znacznych rozmiarów zeszklonych powierzchni zastosowane piece musiałyby być ogromnych rozmiarów, a takie z kolei nie mogłyby zniknąć całkowicie bez śladu.

Piąte przypuszczenie.

Druidzi celowo stosowali wysokie temperatury, aby doprowadzić do zeszklenia kamieni. Dysponowali specjalną - bezzaprawową -techniką murarską. Działo się to przypuszczalnie tak: przy budowie murów kamiennych nie układano kamienia na kamieniu, lecz zostawiano wolną przestrzeń pomiędzy nimi. Owa przestrzeń wypełniana była drewnem i drobnymi kamyczkami, a następnie podpalana. Ogromnymi kominami niezbędnymi dla przeprowadzenia tego procesu były same ściany. Dzięki tej metodzie powstawały wysokie temperatury powodujące zeszklenie. Ale także i tutaj nasuwa się zasadniczy zarzut - dlaczego zeszklenie występowało zawsze jedynie albo wewnątrz, albo na zewnątrz muru. Przy tej metodzie zeszklenie musiałoby nastąpić zarówno wewnątrz, jak i z zewnątrz. Ta teza opiera się, nawiasem mówiąc na słynnym, znanym od wieków każdemu licealiście dziele Cezara pt. „De bello gallico", mówiącym o wojnie w Gaili i opisującym mur gallijski, „murus gallicus", zbudowany z kamienia i drewna. Wykopaliska archeologiczne z Abernethy, w pobliżu Perth i Dun Lagaidh, w okolicy Ross potwierdzają opis Cezara. Tamtejsze obiekty miały najwidoczniej mury z kamienia i drewna, ale równie oczywiste było, że nie  one służyły do szklenia kamieni. Już od prawie 200 lat archeolodzy głowią sie nad rozwiązaniem tego problemu. Anglik, Gordon Childe latami budował wszelkie możliwe mury z najprzeróżniejszych mieszanek kamienia i drewna i potem je podpalał. Ale żadna z tych prób nie dała nawet przybliżonych efektów. Podobnie jak jemu, tak i wielu innym eksperymentatorom nie udało się w ostatnich 200 latach osiągnąć rezultatów, które można by porównać z omawianym zeszkleniem. Przeprowadzano wprawdzie pojedyncze eksperymenty, ale w warunkach specjalnych, z dużą ilością drewna; jednakże dopiero przy zwielokrotnionej ilości drewna osiągano pojedyncze, miejscowe zeszklenia, nigdy natomiast nie udało się zeszklić całych murów i obiektów. Wręcz przeciwnie, kamienie waliły się już w trakcie spalania albo pękały pod wpływem wysokiej temperatury.

Wniosek:

Nadal pozostaje zagadką, w jaki sposób i dlaczego dochodziło do takich zeszkleń. Należy przypuszczać, iż nie rozwiązano zagadki dlatego, że do teraz stawiano błędne pytania. Żaden z archeologów nigdy nie brał pod uwagę innego wyjaśnienia niż ogień, który jakoby służył druidom doszklenia kamieni. Innymi słowy, do teraz pytano jedynie, w jaki sposób można było osiągnąć efekt zeszklenia za pomocą wysokiej temperatury: „Wysoka temperatura jest warunkiem!"

Ale jeżeli to nie była wysoka temperatura? Można to sobie wyobrazić?

W Muzeum w Cochabamba w Boliwii istnieją tzw. ugniatane kamienie. Chodzi tu o kamienie różnej wielkości, w których Inkowie pozostawili odciski stóp i dłoni, całkiem po prostu, tak jak gdyby to było równie łatwe jak pozostawienie odcisku w maśle.

Kamienie miękkie jak masło? Nie mogła tu działać wysoka temperatura. Jeżeli kamień jest tak gorący, że osiąga miękkość ciasta, pozostawienie w nim odcisku dłoni lub stopy staje się niemożliwe. Wysoka temperatura spaliłaby ciało przy pierwszym zetknięciu z takim kamieniem.

W maju 1967 roku peruwiański archeolog, Pater Jorge Lira ogłosił, że znalazł rozwiązanie. Podobno dzisiejsi Inkowie powierzyli mu tajemnicę: przepis na mieszankę ziół. Wyciąg z tej tajemnej mieszanki rzeczywiście umożliwia zmiękczenie kamienia, jego dowolną obróbkę i formowanie. Jeszcze raz inaczej: druidzi byli, jak wiadomo, wielkimi znawcami roślin. Załóżmy, że również oni znali lub odkryli tę oryginalną recepturę Inków, i tym samym byli w posiadaniu tej specjalnej mikstury ziołowej, zmiękczającej kamienie.

Twoja Ocena