Pytanie dotyczy wszystkich zatopionych okrętów - od „Latającego Holendra" po „Pamir": kiedy można z całą pewnością stwierdzić, że statek rzeczywiście zatonął? Czy statek bez załogi może przez 40 lat dryfować po Oceanie Lodowatym? Czy tajemnicze prądy wypychają zatonięte okręty na powierzchnię?

Czy istnieje coś takiego jak fatamorgana na morzu?

Statki-widma istnieją po dziś dzień, jakby na przekór najnowocześniejszym urządzeniom elektronicznym i technicznym, w które wyposażone są dzisiejsze okręty. Ciągle jeszcze aktualne jest to, co około 1960 roku opowiadał w czasie balu kapitańskiego swoim gościom pierwszy oficer jednego z jeszcze wówczas regularnie kursujących pomiędzy Europą a Ameryka Północną statków pasażerskich (i co prawdopodobnie opowiadał w czasie każdego pokonywania Atlantyku), a mianowicie

":...że wciąż jeszcze co roku około 10 statków znika bez śladu na morzach i oceanach świata. Jak można sobie to wytłumaczyć bez sięgania po wyjaśnienie w stylu Trójkąta Bermudzkiego? Istnieje wiele możliwych wyjaśnień tłumaczących, dlaczego okręty tonęły lak nagle i niespodziewanie. Może były uprowadzane za ,.żelazną kurtynę'' albo do Chin? Albo może padały ofiarą piratów, którzy przecież jeszcze nie wymarli, tylko że już dzisiaj nie pływają pod czarną flagą z trupią czaszką i nie noszą czarnych opasek na oku..."

Wszystkie te wyjaśnienia - z wyjątkiem tego z nie istniejącą już „żelazną kurtyną" - są do dziś możliwe.

Wyjątkowym przypadkiem ciągle fascynującej historii ginących bez śladu statków są statki-widma. Klasycznym przykładem, który wszedł nawet do repertuaru operowego jest „Latający Holender". Tak na dobre statki-widma pojawiły się dopiero w XVII wieku. W 1680 roku holenderski statek płynący do Indii Wschodnich wpadł w ciężki sztorm koło przylądka Horn. Ster został poważnie uszkodzony, a statek dryfował po wzburzonym oceanie,

„...wiatr i ocean byty jak jeden wielki chaos, przelewające się masy wody i czarne jak smoła niebo zdawały się tworzyć jedną całość, maszty z podartymi żaglami przypominały raczej upiorny szkielet niż ongiś dumny statek handlowy; szalał coraz silniejszy sztorm z południowego zachodu...".

I tak dalej. A potem „wściekły" kapitan zaczai wykrzykiwać ("do szalejącego oceanu", oczywiście), że będzie trzymał się swojego kursu i basta, nawet na przekór samemu Bogu, choćby musiał żeglować po sam kres wieczności. I dokładnie to go spotkało, jak mówi znana historia: „I tak jak to bluźniąc przeciwko Bogu^ wykrzyczał podczas owego sztormu w 1680 roku musi teraz po kres czasów żeglować po oceanach/' Jeszcze sto lat po owym bluźnierstwie ów pożałowania godny kapitan podobno dalej żeglował po morzach. W 1881 roku sam późniejszy król Anglii, Jerzy V, miał widzieć ów statek-widmo. Następca tronu żeglował jako porucznik marynarki i przepływał koło Przylądka Dobrej Nadziei. Odległość do Przylądka wynosiła jeszcze około 80 km. Ze swego statku „Bachante" przyszły król ujrzał

„przeźroczysty, ale bardzo realnie wyglądający statek z takiełunkiem charakterystycznym dla statków z XVII wieku".

Ale na tym nie koniec. Jeszcze w 1942 roku czterech mieszkańców Kapsztadu „naprawdę" widziało ów upiorny statek z XVII wieku w zatoce, w okolicach miasta, za wyspą Fok.

Jak to powiedział Dickens? „Humbug!" lak widać, również następcy tronu nie sa odporni na przywidzenia.

Tylko, że... żaden opuszczony okręt nie będzie dryfował setki lat po morzach - to logiczne. Ale fakt, że ciągle jeszcze zdarzały się i zdarzają zaginione i odnajdujące się statki, można przynajmniej na początek określić jako „niezwykły", a potem dokładniej mu się przyjrzeć.

W tej materii istnieją różne relacje. Na przykład: 

W 1914 roku załoga statku „Federico Kata* lin" zlokalizowała w drodze do Montevideo opuszczony statek. Kapitan wysłał kilku marynarzy na jego pokład. Oględziny wykazały, że chodzi o statek, o którym już od roku 1909 mówiono, że zatonął. Łowcy sensacji rozgłaszają natychmiast swoje wersje tych opowiadań i relacji; według nich statek, który rzeczywiście zatonął w 1909 roku w „tajemniczy" sposób, znów się wynurzył. Naturalnie „wynurzył się" ponownie, ale nie jak łódź podwodna. Poza tym istnieje naturalnie  różnica, czy taki statek uznano za zatopiony, czy faktycznie zatonął. Fakt, że statek przez pięć lat dryfuje po morzu bez załogi można uznać za możliwy i prawdopodobny, przy czym pojawia się pytanie, co stało się z załogą. Ale także i tu istnieje niejedno wytłumaczenie. Autorzy książek przygodowych, od J. Londona po B. Travena wynaleźli już chyba wszystkie.

W każdym razie odkrycie „Federico Katalin" należy uznać za autentyczne wydarzenie, cokolwiek się za tym kryje. Historia statku „Pamir" nie jest tak jednoznaczna, jak to się od lat mówi w kręgach profesjonalistów, zajmujących się takimi zagadkami. Właściwie chciałoby się powiedzieć, że tragedia tego statku wykorzystywana jest do haniebnych celów. Ale podobno istnieje naoczny świadek.

Według oficjalnych wiadomości tragedia „Pamiru" rozegrała się następująco: „Pamir" był żaglowcem szkolnym niemieckiej marynarki. Został zbudowany w 1905 roku przez Blohma i Vossa. 21 września 1957 roku był w drodze z Buenos Aires do Hamburga, mając na pokładzie zboże.

Wszystko trwało niespełna pół godziny. Tego dnia o godzinie 11 przed południem w statek uderzył jeden silny poryw zbliżającego się orkanu. Statek wyruszył w tak daleki rejs, aby szkolić kadetów, przyszłych oficerów marynarki nowych sił zbrojnych i 'oswoić' ich z morzem. Statek został swego czasu zbudowany dla armatora z Hamburga jako czteromasztowiec i od momentu rozpoczęcia odnowy niemieckich sił zbrojnych był w służbie marynarki wojennej. Statek znajdował się około 600 mil morskich na południe od Azorów. Zbliżał się ciężki sztorm. Na masztach znajdowały się jeszcze: mars, kliwer i fok. Z powoda silnego wiatru nie można już było ich ściągnąć. Doświadczona załoga podstawowa otrzymała rozkaz odcięcia ich nożami. Sytuacja rozwijała się w niesamowitym tempie. Wiatr zerwał żagle, a statek przechylił się na bok. W kabinie nawigatora rejestrowano przechył okrętu: 32, 35, 38, 40 stopni. Dalej nie starczyło już skali. Wydano rozkazy: 'Nałożyć kamizelki, przygotować łodzie ratunkowe.' Nie było śladu paniki, panowała dyscyplina. Tak opowiada tych sześciu, którzy przeżyli. Wielu myślało początkowo, że chodzi tylko o zwykłe manewry sztormowe. Radiotelegrafista nadawał już sygnał SOS. Po 3-4 minutach było po wszystkim. Statek wywrócił się i poszedł na dno. 011 . „Nie ma już czasu, aby spuście szalupy ratunkowe" -tak brzmią! ostatni meldunek. „Panował wielki chaos" - opowiadali o decydujących minutach ci, którzy przeżyli. „Wielu zostało przygniecionych, raniono się nawzajem, ponieważ wszyscy w jednym wielkim kłębowisku spadali do wody..." W sumie na pokładzie znajdowało się 86 osób, w tym 60 kadetów. Wszyscy z wyjątkiem wspomnianej szóstki zginęli. Owa szóstka przez dwa dni dryfowała po oceanie nim została uratowana. Początkowo było ich ośmiu, ale dwóch zachorowało, bo dręczeni pragnieniem pili słoną wodę. Ogarnęło ich szaleństwo, ze szczątków szalupy rzucili się do wody i utonęli. Wiele okrętów nie zauważyło rozbitków. Tragedia „Pamiru" wstrząsnęła całym krajem, wywołała wiele dyskusji i spowodowała wszczęcie śledztwa. Czy ładunek był dobrze rozmieszczony, czy mógł się przesunąć i spowodować wywrócenie się okrętu? Czy żaglowce szkolne mają jeszcze sens? Wkrótce objął służbę nowy żaglowiec szkolny, „Gorch Fock", który żegluje do dziś.


A w 27 lat później zdarzyło się coś, co prasa brukowa wykrzyczała jako fakt:„'Pamir' pojawił się jako statek-widmo". Poniżej apodyktycznie stwierdzono: „świadkiem oficer Jarie Flatebo."

Co się zdarzyło? Norweski statek szkolny, „Christian Radich" znalazł się w trudnej sytuacji, żeglując u wybrzeży angielskich.

Sztorm o sile wiatru przekraczającej 150 km/h gnał na statek ogromne fale. I nagle, owej straszliwej nocy, późną jesienią 1984 roku, szare chmury złożone z wody, oparów i mgły podnoszą się. Jak duch wyłania się masywny kadłub jakiegoś żaglowca oświetlony widmowym światłem księżyca, jest to „Pamir". Podobno ów statek-widmo towarzyszył „Christianowi Radichowi" ponad godzinę. Nawet można było zobaczyć załogę „Parnini". Według „zgodnych relacji" ludzi z „Christiana Radicha" marynarze „Pamiru" mieli na sobie białe koszule, a nie modne olejówki, w których swego czasu poszli na dno. To jednak jeszcze nie wszystko: wymachiwali oni czerwonymi latarniami.

,J tak nagle jak się wyłonili, zniknęli wraz ze słabnącym sztormem."

Jeżeli ta historia nie jest marynarską opowieścią, to która nią nie była... Lecz na tym ciągle jeszcze nie koniec: aż do opisanego pojawienia się zatopionego „Pamiru" miał on być ponoć przynajmniej 2 razy lokalizowany jako statek-widmo, np. przez chiński statek „Esmeralda", przez japoński „Nippon Miru", oraz francuską fregatę „La Corse". Zadziwiająca jest zgodność w różnych szczegółach tych sprawozdań. „ Wydaje się, że „Pamir" rzeczywiście od czasu do czasu się pojawiał." Mimo że, jak już. powiedziano, takie historyjki trudne są do zaakceptowania przez każdego, kto wie, jak tego typu relacje powstają i się szerzą (obrastając w szczegóły), to zjawisko to samo w sobie jest bardzo interesujące. Sam fakt choćby, że tego typu relacje w ogóle się pojawiają, że istnieją rzeczywiście „naoczni świadkowie", którzy są o tym święcie przekonani (lub przynajmniej tak twierdzą). Znamienne jest,

jak w bardzo krótkim czasie z fragmentów złożonych z aluzji, przypuszczeń, spekulacji i porównań powstają nagle „niezaprzeczalne fakty". Innym, o wiele mniej zagadkowym przypadkiem statku-widma jest „Baychimo". Po raz ostatni zlokalizowano go podobno w 1969 roku między Icy Cape a Point Barrow. Ale w tym czasie powinien już od dawna przestać istnieć tak można by przynajmniej sądzić. Statek wypłynął bowiem w swój ostatni rejs 6 lipca 1931 roku z Vancouver w Kanadzie. Kapitan John Comwall i jego 36-osobowa załoga byli nastawieni na ostrą zimę. Płynęli na północ. Północne wiatry utrudniały im prace, wcześniej niż zazwyczaj pojawiła się kra. Już 30 września wolny od lodu był tylko jeszcze wąski pas wody.

1 października utknęli w lodzie. Nie istniało żadne zagrożenie dla załogi. Maleńka mieścina Barrow na Alasce była już blisko. Tam znajdowało się stałe przedstawicielstwo przedsiębiorstwa handlowego, dla którego pracował „Baychimo". Załoga opuściła statek i przeszła pieszo kilka kilometrów do Barrow, w momencie gdy stało się jasne, że nadciąga silny sztorm, którego statek nie wytrzyma. Należało się spodziewać, że masy lodu gnane wiatrem na kadłub statku, zgniotą go jak orzech.

Sztorm szalał dwa dni. „Baychimo" oparł mu się jednak i został uwolniony z okowów lodu. Załoga powróciła na statek. Jej nadzieje były jednak przedwczesne. Już 8 października ponownie utknęli w lodzie. Nadano sygnał SOS, z Nome wystartowały dwa samoloty, które zabrały 20 członków załogi. Kapitan i pozostałych 14 marynarzy chciało pozostać w pobliżu statku. Następny sztorm zerwał się 24 listopada. Piętnastu wytrwałych utknęło w prymitywnych chatach, które zbudowali sobie na lądzie.

Gdy ustał sztorm stwierdzono, że „Baychimo" zniknął. Zlokalizowano go w miejscu odległym o 60 kilometrów na kursie południowym. Ponownie utknął w lodzie, na razie bez możliwości oswobodzenia się. 12 marca traper, podróżnik i badacz w jednej osobie, Leslie Melvin, ujrzał „Baychimo" pomiędzy Herschel Island i Nome. Wszedł na pokład i zastał wszystko w najlepszym porządku. Nawet ładunek, na który składały się przede wszystkim skóry, był - jak twierdził - w dobrym stanie. Potem jednak, jeśli wierzyć relacjom, zaszło coś niezwykłego.

Dokładnie rok później, w marcu 1932 roku, grupa Eskimosów natknęła się na statek w miejscu, gdzie załoga opuściła go po raz ostatni. Gdy cała grupa, tj. około 30 osób, była na pokładzie, ponownie zerwał się sztorm, który uwięził ich na statku przez 10 dni.

Następna relacja:

Sierpień 1933: „»Baychimo« dryfuje na północ."'

Lipiec 1934: „Szkocki botanik, Hutchington, wszedł wraz z kilkoma śmiałkami na pokład „Baychimo". Mężczyźni przebywali kilka godzin na statku"

Wrzesień 1935: „» Baychimo* dotarł do wybrzeży Alaski."

Listopad 1939: „Kapitanowi Hugh Polsonowi udało się opanować „Baychimo" na jakiś czas, ale dryfująca kra znów zamknęła mu drogę. Kapitan Polson zrezygnował ponownie."

Od czasu tej ostatniej próby opanowania „Baychimo", po tym jak przez następnych 7 lal dryfował bez załogi po Morzu Arktycznym, był on podobno jeszcze wielokrotnie widziany. Chociaż dalej nie jest jasne, gdzie przebiegają granice pomiędzy realiami a marynarskimi opowieściami, między faktami a fikcją i subiektywną wiarą.

W 1962 roku grupa Eskimosów widziała podobno statek, który musiałby ponad 30 lat dryfować bez załogi, w okolicy Beaufort Sea. I znów’ „nie dało się go opanować". Podobnie twierdzono w 1969 roku, gdy „Baychimo" podobno kolejny raz uwięziony został w’ lodach.

Jest mało prawdopodobne, aby opuszczony przez załogę statek prawie przez 40 lat, zimę po zimie, wieziony był w lodach Oceanu Arktycznego i wytrzymywał to, nie ulegając zmiażdżeniu. Jest nie do pomyślenia, aby już dawno nie zatonął i nie spoczął jako wrak na dnie morza, nawet jeżeli jakiś czas dryfował bez załogi.

„A mimo to wciąż się pojawia, czczony przez Eskimosów jako statek-widmo, którego również się trochę obawiają."

Rzeczywiście? A może w tym wypadku mylono wiele różnych wraków z wciąż tym samym starym „Baychimo". A może wchodzi tu w grę jakaś mistyfikacja?

Postawmy pytanie nieco inaczej: czy można wobec tego wykluczyć, że coś takiego może się zdarzyć? Naturalnie nic jest możliwe, aby statek zatonął i wciąż się pojawiał. Za to wbrew wszelkim regułom należałoby uznać za możliwe, że jakiś statek uparcie nie chce zatonąć. Tylko: dlaczego wbrew zwyczajom morskim, nikt przez owych 40 lat do 1969 roku, tj. do roku, w którym ostatni raz ów statek zlokalizowano, nie usiłował zabezpieczyć wraku?

W przeciwieństwie do niektórych opowieści marynarskich oraz o wiele bardziej niewiarygodnych teorii, według których, jak to miało miejsce w przypadku „Pamiru" i innych rzeczywiście zatopionych a podobno pojawiających się statków, istnieją niezbadane prądy, które zatopione statki ponownie wynoszą na powierzchnię wody -ten przypadek nie jest zupełnie nieprawdopodobny.

Gdyby coś takiego było w ogóle do pomyślenia, to na pewno - jak w opowieściach o „Pamirze" - na pokładzie nie mogliby znajdować się marynarze, i to jeszcze w śmiertelnych koszulach lub jakiejś innej zniszczonej odzieży z dawnych czasów, wykonujący swoją pracę - z czerwoną latarnią lub bez niej...

Następna propozycja wyjaśnienia zagadki: Może chodzi tu o fatamorganę na oceanie, rodzaj odbicia obrazu?

„Czy jest możliwe, aby zatopione okręty dryfujące pod wodą, zbliżały się czasami do powierzchni, wywołując odbicia obrazów?"

Ale nawet gdyby tak było, nieprawdopodobne byłoby ujrzenie załogi podczas pracy, nie mówiąc już o czysto fizycznej niemożliwości zaistnienia takiego zjawiska...

A zatem może fatamorgana?

„Czy świadkowie takiego niezwykłego pojawiania się statków-widm widzieli w rzeczywistości przepływające w dużej odległości statki, czy stali się ofiarami fatamorgany?"

1 ta hipoteza jest mało prawdopodobna, zważywszy, iż świadkowie operują szczegółami. Często widywali na pokładach statków-widm marynarzy ubranych w mundury i odzienie z dawno minionych czasów’, które można jeszcze obejrzeć tylko w muzeum. Poza tym opisywali owe statki-widma bardzo precyzyjnie nie pozostawiając żadnych wątpliwości: był to bardzo dokładnie zidentyfikowany, dawno zatopiony statek, znajdujący  się w takim stanie, jak gdyby z załogą na pokładzie ciągle jeszcze był w rejsie. Archetypy fantazji... Jeżeli więc pokusilibyśmy się o stwierdzenie: „Sięgająca XVII wieku zagadka statków-widm jest nadal nie wyjaśniona", to będzie to sformułowanie sugerujące jedynie, że jeszcze długo nic znajdziemy rozwiązania zagadek, które dotyczą tego, co powstaje w ludzkim umyśle...

Twoja Ocena