Pierwsze miesiące rządów liberalno-ludowej koalicji przyniosły oczekiwaną stabilizację polityczną. Społeczeństwo udzieliło Donaldowi Tuskowi sondażowego poparcia, na poziomie 62%. Premier już w swoim expose często odwoływał się do zaufania, co miało go odróżniać od poprzednika, ale w działaniach nowych władz znalazło się też wiele starych mechanizmów, jak wymiana większości prezesów spółek skarbu państwa.

 Tusk pozostawił jednak na stanowisku szefa CBA Mariusza Kamińskiego, a koalicji nie udało się przejąć kontroli nad mediami publicznymi, gdzie reprezentanci PiS sprzymierzyli się z ludźmi Samoobrony i SLD. Początkowo rządowi sprzyjała dobra koniunktura. W sierpniu złotówka umocniła się do najwyższego poziomu od 15 lat: za euro płacono 3 złote, za dolara i franka szwajcarskiego 2 złote. Bezrobocie spadło poniżej 10%, co wynikało z emigracji zarobkowej, która ponadto przyczyniła się do presji na podwyżki płac. W połączeniu z korzystnym kursem złotego wzmacniało to siłę nabywczą przeciętnego Polaka. Dobre efekty przyniosło spłaszczenie progów podatkowych za rządów PiS (do 19 i 32%) oraz ograniczenie opłat spadkowych, co jednak zwolennicy równości społecznej bardzo krytykowali. Wzrost PKB w latach 2005-2007 utrzymywał się na wysokim poziomie (odpowiednio 4,4,6,6, 6,5%), rosła wartość obrotów handlowych i inwestycji zagranicznych.

Tymczasem w USA załamał się rynek nieruchomości, we wrześniu upadły pierwsze duże banki i nastąpił krach na nowojorskiej giełdzie. W połowie października kryzys dotarł do Polski. Jego skutki uwidoczniły się nerwowymi reakcjami klientów banków i funduszy inwestycyjnych oraz spadkiem wartości złotego. Powróciły obawy Polaków o pracę, dorobek, inwestycje. Rząd, aby nie dopuścić do paniki, przeforsował nowelizację ustawy bankowej, zwiększając nadzór nad tym sektorem gospodarki i podwyższając kwotę gwarancji indywidualnych oszczędności. Nagłe osłabienie złotego (w pierwszym kwartale 2009 za euro płacono już 4 złote 70 groszy) uderzyło w importerów i konsumentów towarów ze strefy euro oraz firmy uwikłane w transakcje walutowe. W pętlę zadłużenia wpadali właściciele nieruchomości, którym banki w latach 2005-2008 udzielały kredytów (często we frankach szwajcarskich) bez dokładnego sprawdzenia możliwości ich spłacenia. Na rynku pracy warunki dyktowali pracodawcy stosując tzw. śmieciówki (umowy na czas określony), co umożliwiał znowelizowany Kodeks pracy. Bezrobocie wśród młodych ludzi sięgało 25%, przybywało absolwentów szkół wyższych poszukujących jakiejkolwiek pracy. Tymczasem ograniczono wydatki socjalne państwa, gdy w latach 2009-2014 Polska została objęta przez Unię Europejską procedurą nadmiernego deficytu budżetowego.

Osłabienie złotówki miało też dobre skutki - dla eksportu i dla Polaków pracujących za granicą. Większego znaczenia nabierały fundusze unijne, w ramach, których Polska wydała 321 mld złotych (2007-2013). Inflacja wzrosła tylko przejściowo, a w latach 2008-2010 spadła z 4,2 do 2,6%. Przez cały czas kryzysu udało się utrzymać wzrost PKB, co na tle ujemnego salda niemal wszystkich innych krajów (zaznaczanego w raportach na czerwono) czyniło Polskę „zieloną wyspą" na mapie Europy, czym chwalił się rząd. W latach 2008-2009 roczny przyrost PKB zwiększył się z 2,9 do 3,8%. W liczbach bezwzględnych było to 536 mld euro (2009) i dawało Polsce szóste miejsce w Unii, po Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoszech i Hiszpanii. Polski PKB stanowił 25% niemieckiego i 33% rosyjskiego. W przeliczeniu na jednego mieszkańca było to 14,1 tys. euro, co dawało Polsce 23 miejsce w UE, za Estonią i Węgrami, które zresztą wkrótce zostały w tyle.

Mimo gospodarczych turbulencji rząd musiał się liczyć z twardą opozycją PiS, zjednoczoną wokół twórcy partii i mającą poparcie prezydenta. Przejawem nieprzejednanego stanowiska Lecha Kaczyńskiego były weta, których w latach 2007-2010 zgłosił aż 17 (z czego 7 odrzucono). W konfrontacyjnej atmosferze odbywały się konsultacje prezydenta z rządem w ramach rady gabinetowej. Różnice stanowisk dotyczyły zwłaszcza resortów obrony, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych. W 2009 rząd zniósł pobór do wojska i planował utworzenie armii zawodowej, zmniejszonej ze 130 do 100 tys. żołnierzy. Lech Kaczyński chciał zwiększenia jej liczebności do 150 tys. Prezydent nie popierał też decyzji premiera o wycofaniu wojsk polskich z Iraku.

Kaczyński przez rok wstrzymywał podpisanie ratyfikowanego już w sejmie traktatu lizbońskiego, co krytykował prezydent Francji. Polskie spory polityczne były widoczne na forum międzynarodowym. Alegorycznym przejawem tych waśni była „wojna o krzesło" (czyli o to, kto usiądzie do rozmów na październikowym szczycie UE) w wykonaniu prezydenta i premiera. Obaj różnili się w podejściu do sąsiadów Polski. Tusk miał bardzo dobre relacje z Angelą Merkel, odwiedził też w Moskwie Putina (pierwsza wizyta polskiego premiera od siedmiu lat) i zorganizował jego rewizytę na Westerplatte w 2009. Kontakty te jednak nie zmieniły trudnych stosunków polsko-rosyjskich. Z kolei Lech Kaczyński angażował się w relacje z małymi i średnimi krajami Europy Wschodniej, czego potwierdzeniem była jego sierpniowa wizyta w Tbilisi podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej. Z inicjatywy prezydenta Kaczyńskiego zjawili się tam także przywódcy Ukrainy, Estonii, Litwy i Łotwy, a zorganizowany wiec stał się wyrazem solidarności narodów zagrożonych rosyjską dominacją. Mocne słowa polskiego prezydenta („Jesteśmy tu po to, aby podjąć walkę") nie odniosły jednak takiego skutku, jak realizowana w tym samym czasie wizyta prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego w Moskwie, który wynegocjował porozumienie pokojowe. NATO, UE i państwa starej Europy nie udzieliły Kaczyńskiemu poparcia w tej rozgrywce.

Twoja Ocena