Odchudzasz się, chcesz uniknąć miażdżycy albo cukrzycy? Wybierasz zatem produkty „light", czyli mniej kaloryczne, z obniżoną zawartością tłuszczu lub cukru. Zanim wypełnisz nimi koszyk, sprawdź, czy to naprawdę służy twojemu zdrowiu.

Produkty „light” (z ang. lekkie) mają mniej tłuszczu oraz cukru. Z tego powodu powinny być lekkostrawne i niskokaloryczne. To pogląd, który osobom walczącym z nadwagą czy dbającym o zdrowie i dobrą kondycję każę zastępować nimi tradycyjną żywność. Niestety, w wielu przypadkach teoria z praktyką ma niewiele wspólnego. jak się bowiem okazuje, jedząc często odchudzone środki spożywcze możemy... utyć.

Prawo sobie, a producenci sobie

Jeszcze do niedawna na rynku panowała wolna amerykanka - kto chciał, mógł sobie napisać na etykiecie produktu słowo „light" ponieważ wiadomo było tylko tyle, że powinien on mieć ok. 40 proc, kalorii mniej niż ten sam produkt  w wersji tradycyjnej. Ale który był tym podstawowym, z jakim należało porównywać lżejszy? Niestety nie zawsze można było odszukać oryginał. Obecne przepisy są bardziej rygorystyczne. Ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia pozwala umieszczać napis „light” na produkcie mającym o 30 proc, energii (czyli kalorii) mniej niż tradycyjny jego odpowiednik. Jeśli takiego nie ma, wówczas nie wolno posługiwać się tym terminem. Z kolei rozporządzenie Parlamentu Europejskiego określa normy w ten sposób: producent może nazwać swój produkt „light” jeśli jego wartość energetyczna to nie więcej niż 40 kcal na 100 g dla produktów stałych i nie więcej niż 20 kcal dla płynnych. Takie jest prawo. Jednak niektórzy je omijają i zamiast słówka „light” wypisują na etykiecie jego różne odpowiedniki, np. „lekkie” „fit” „slim”, „zero” czy po prostu - produkt dietetyczny. Takie określenia nic nie znaczą i są jedynie chwytem marketingowym. Firmy produkujące tak oznakowaną żywność, nie są kontrolowane pod kątem zgodności opisu z prawnymi rozporządzeniami. Nie zawsze „lekkie" oznacza mniej kalorii Kupując produkty dietetyczne mu-simy uważnie przyglądać się ich etykietom. Jak się bowiem okazuje różnie to z tymi kaloriami bywa. Bezcukrowy suchar ma 41 kcal, a zupełnie zwyczajny, czyli z cukrem, zaledwie o 2 więcej. Natomiast delikatesowy, a więc taki, który ma sprawiać przyjemność naszemu podniebieniu, ma... 40 kcal. „Lekkość” czekolady może oznaczać, że wprawdzie ujęto jej cukru, ale dodano tłuszczu, co zupełnie nie sprzyja zachowaniu szczupłej sylwetki. Dietetyczny miks margaryny i masła ma niewiele mniej kalorii niż samo masło. W dodatku chcąc poczuć smaki zaspokoić głód, trzeba go nałożyć więcej na kanapkę. Pieczywo chrupkie również deklarowane jest jako „lekkie” Niestety, tylko z nazwy, gdyż - jak się okazuje - 100 g zwykłego chleba (czyli 2 kromki) ma prawie 130 kcal mniej niż 100 g tzw. tekturki. A krążki ryżowe, które chętnie pogryzamy, bo skoro mało ważą, to są pewnie mniej kaloryczne? Nic z tego. Pod tym względem można je porównać z chlebem. Podobnie rzecz się ma z orzeszkami. Te bez soli i prażone bez tłuszczu, czyli w wersji (teoretycznie) dietetycznej - mają mniej zaledwie o 1 g tłuszczu i 8 kcal w 100 g. Kolejną pułapką, jaką zastawiają na nas producenci lekkiej żywności, jest dodawanie do produktów „fit” błonnika. Ma to nas przekonać, że są one nie tylko dietetyczne, ale także bardziej dla nas zdrowe. Z tym drugim można się zgodzić, ponieważ rzeczywiście włók-nik roślinny korzystnie wpływa na pracę jelit i trawienie. Z pierwszym - niekoniecznie, gdyż np. płatki fitness mają niemal tyle kalorii, co tradycyjne (a tak na marginesie: zawartość błonnika jest porównywalna!).

Naturalne dodatki zastępuje się... chemią!

Jeżeli coś z produktu usuwamy, to musimy wypełnić czymś innym wolne miejsce.  Często lukę po brakującym składniku łata woda oraz substancje zagęszczające, które pozwalają ją zatrzymać w gotowym produkcie i nadać mu odpowiednią konsystencję czy kształt. Pamiętajmy jednak, że im wyższa zawartość wody, tym mniejsza trwałość żywności, dlatego w środkach spożywczych o obniżonej kaloryczności nierzadko pojawiają się konserwanty. Niekiedy są pochodzenia naturalnego, ale często to chemia, która nie sprzyja naszemu zdrowiu. Poza tym tzw. składniki zastępcze nie zawsze redukują kaloryczność. Najlepszym przykładem jest tu majonez, który składa się głównie z jaj i oleju, jego odpowiednikowi „fit" zabiera się nieco tłuszczu, ale przez to traci on swój smak, strukturę i smarow-ność. Żeby je odzyskał dodaje się zazwyczaj modyfikowaną skrobię, czyli węglowodany. A te dostarczają sporo kalorii. Z chudego nabiału znikają witaminy i wapń Żywność typu „light” nie należy do szczególnie odżywczej. Dlaczego? Otóż, np. w nabiale (m.in. w serach żółtych i twarogowych, jogurtach) naj częściej obniża się zawartość tłuszczu. Pozwala to co prawda zaoszczędzić trochę energii, ale jednocześnie usuwane są rozpuszczalne w tłuszczu  witaminy (przede wszystkim A oraz D, niezbędne m.in. dla dobrej kondycji wzroku, skóry i kości). Tracimy również sporo wapnia zawartego w nabiale, gdyż przyswajaniu tego pierwiastka przez organizm sprzyja właśnie obecność witaminy D.

Słodziki oraz tłuszcz wypierają cukier

Pierwsze produkty typu „light” powstały w Stanach Zjednoczonych w połowie ubiegłego wieku. Wytworzono je z myślą o chorych na cukrzycę, którzy przestrzegając zaleconej przez lekarzy diety, musieli odmawiać sobie wielu przyjemności. W środkach spożywczych dla diabetyków (były to przede wszystkim słodycze) cukier zastąpiono słodzikiem - sacharyną. Dziś z „dietetycznych słodyczy” usuwany jest tradycyjny cukier (sacharoza). Jego miejsce zajmuje np. tłuszcz (tak zmodyfikowana czekolada albo batonik mogą się okazać bardzo kaloryczne) lub fruktoza (cukier owocowy), która ma taką samą wartość energetyczną jak sacharoza, czy syntetyczne substancje słodzące, tzw. słodziki. Te ostatnie mają mało kalorii lub wcale ich nie zawierają, jednak spożywane przez nas w nadmiarze mogą powodować np. biegunki.

Twoja Ocena



Facebook Conversations