views
Recenzja Filmu: Django (Django Unchained) 2012
Opowieść o niewolniku, który zostaje oswobodzony przez „dentystę“, by pomagać mu w nietypowej pracy, pełna jest niespodziewanych rozwiązań, nietypowych pomysłów oraz cudownie surrealistycznego humoru, który sprawia, że raz po raz zaśmiewamy się w głos. Ponadto nie brak krwi oraz przesadzonych scen przemocy, które są umiejętnie osadzone w całej historii, silnie oddziałując na widza.
Scenariusz napisany został wyśmienicie, po raz kolejny udowadniając, że Tarantino jest mistrzem ciętego i pełnego humoru języka oraz kreatorem niezwykłych sytuacji. Dialogi, wymyślne sceny, łączenie dzisiejszego stylu myślenia z tym znanym z przeszłości, znakomite granie różnymi językami – wszystkie te elementy robią piorunujące wrażenie. Najlepszym przykładem cudowna scena, w której uczestnicy „nalotu“ konnego na naszych bohaterów, dywagują o sensie zakładania białych masek na twarz. Scena komiczna i rozbrajająca przez kontrast wyglądu bohaterów ze sposobem, w jaki wypowiadają się na temat swojego stroju. Oglądając tę wymianę zdań, nie sposób przestać się szeroko uśmiechać. Zresztą cała formuła „Django Unchained“ stanowi najlepszą, niczym nieskrępowaną zabawę kinem, intrygującą mieszankę: gatunków, form prowadzenia opowieści oraz licznych nawiązań.
Wolty scenariuszowe pod koniec filmu są tak wspaniałe, że aż nie do opisania. Trzeba je zobaczyć na własne oczy, by móc pojąć ich doskonałość. Dać się ponieść specyficznej wyobraźni Quentina i popłynąć z tokiem jego myśli. Zupełnie nie dziwi Złoty Glob za scenariusz. Należał się w pełni, gdyż został napisany przez Prawdziwego Kinomana dla podobnych mu Miłośników X Muzy. Znalazły się w nim nawet nawiązania do orygialnego „Django“, z którym obraz fabularnie ma niewiele wspólnego. Podobne są: główny motyw muzyczny, krój czcionki tytułowej, pojawienie się na ekranie Franka Nero (oryginalnego Django) oraz cudowna wymiana zdań między nim, a Jamiem Foxxem, o sposobie wymawiania imienia głównego bohatera. Wszystkie wymienione oraz niewspomniane smaczki wypadły znakomicie i z pewnością przypadną do gustu każdemu, kto widział dzieło Sergia Corbucciego.
Aktorzy znakomici. Christoph Waltz, który za swoją rolę otrzymał już Złotego Globa, prezentuje się tutaj z równą elegancją i urokiem, jak w „Bękartach Wojny“. Gra tak dobrze, że z przyjemnością spija się każde jego słowo padające z ekranu. Austriak jest tak doskonały, że nie możemy przestać się uśmiechać na jego widok. Dobry jest Jamie Foxx, który z każdą kolejną sceną bardziej się rozkręca, coraz mocniej przykuwając naszą uwagę i zaskakując swoim stylem bycia. Świetny jest Leonardo DiCaprio, który z wdziękiem i charyzmą gra swojego bohatera, wyraźnie bawiąc się rolą. Bardzo dobrze wypadł Samuel L. Jackson, jako podstarzały opiekun plantacji. Jego cięty język oraz bezpośredni sposób bycia, mocno nawiązuje do wcześniejszych ról aktora, również tych znanych ze świata Tarantino. Jest to celowe zagranie, które podkreśla jak dużą rolę pełni Jackson w świecie popkultury. Zaskakuje kilka wyborów castingowych pomniejszych ról. Niektórzy z przewijających się w kilku scenach aktorów wydają się być osobnikami z zupełnie innej bajki, którzy w żaden sposób nie przystają do świata przedstawionego. Taki zabieg jest jednak zamierzony i wywołuje pozytywne emocje.
Na pochwałę zasługują zdjęcia Roberta Richardsona. Piękne plenery, gra światłem i cieniem, czy nagłe zbliżenia twarzy budują intrygującą atmosferę, która szybko udziela się widzowi. Jest to sprzężone ze świetnym montażem, który buduje humor, bądź drugie dno wielu sekwencji, sprawiając, że cały obraz ogląda się z niegasnącym zainteresowaniem.
Wyśmienita jest muzyka. Różnorodność gatunkowa oraz brzmieniowa wykorzystanych utworów jest powalająca. Szczególnie zapada w pamięć chwila, gdy widzimy podróżników, poruszających się w rytm… hip-hopowego kawałka („100 Black Coffins“ Ricka Rossa). Nietypowe połączenie nieprzystających do siebie elementów (obrazu i dźwięku) jest tak zaskakujące, że aż odświeżające, budujące humor, a ponadto sprawiające wrażenie połączenia idealnego. Scena-miód, która jako jedna z wielu, kazała mi myśleć po seansie, że jak najszybciej muszę się zaopatrzeć w oficjalną ścieżkę dźwiękową. Świetne jest również wykorzystanie motywu muzycznego, znanego z oryginalnego „Django“. Piosenka „Django“ napisana przez Luisa Bacalova błyskawicznie wpada w ucho i nie daje o sobie zapomnieć. Zupełnie nie dziwi chęć podzielenia się nią z nową rzeszą widzów.
Najnowszy film Quentina Tarantino jest tak dobry, że aż trudno wymienić wszystkie jego najmocniejsze strony w jednym tekście. Każdy aspekt dzieła zasługuje na pochwałę, ponieważ został dopieszczony przez swojego twórcę. Trudno jest wybrać element, który zrobił największe wrażenie, gdyż wszystkie idealnie ze sobą współgrają, dając nam prawdziwą filmową ucztę. I choć jest moment, gdy seans się nieco dłuży, to potem następuje tak znaczący zwrot akcji, że można go porównać tylko do detonacji bomby. Jest tak dobry, że człowiek zupełnie zapomina o chwilowym momencie zbyt wydłużonej akcji i pod koniec projekcji raduje się jak małe dziecko, które dostało nową, wspaniałą zabawkę.
„Django Unchained“ jest produkcją, której seans kończy się z szerokim uśmiechem na ustach, łzą szczęścia w oku oraz okrzykiem kołaczącym się w głowie „Ja chcę jeszcze raz!“. Drugą myślą, która przechodzi przez głowę jest: „Muszę mieć ten soundtrack!“. Z czystym sercem wystawiam najnowszemu obrazowi Tarantino mocne 9/10, przy którym stawiam serduszko (ulubione), dodając przy tym, że poważnie zastanawiam się, czy w przyszłości nie podwyższę tej oceny. Tak mnie kupił i przypadł do gustu ten obraz. Serdecznie polecam!
Gdzie obejrzeć film: Django (Django Unchained) 2012
Film dostępny tylko za pośrednictwem płatnych platform VOD
Komentarze
0 comment