views
Obsada Filmu: Holy Motors (2012)
- reżyseria i scenariusz: Leos Carax
- aktorzy: Denis Lavant, Édith Scob, Eva Mendes, Kylie Minogue, Michel Piccoli, Leos Carax
- zdjęcia: Caroline Champetier
- montaż: Nelly Quettier
Recenzja Filmu: Holy Motors (2012)
By przeżyć inne życie, odmiennie spojrzeć na własne, by przypomnieć sobie o tym co zapomniane. By zobaczyć prawdę. Jak tu jednak szukać prawdy w filmie, który jest jednym wielkim przedstawieniem? Udawanką, która prezentuje kolejne sytuacje, ustawione zbiory scen? Teoretycznie to dokładnie to samo, czym jest przecież kino, ale jednak nie do końca, bo tym razem umowność jest ukazana wprost. Wrażenie podglądania prawdy znika, zostawiając samo przedstawienie. Teatr jednego aktora imieniem Oskar, który jeździ wielką, białą limuzyną po ulicach Paryża, udając się na kolejne spotkania. Wciela się w kolejne role, odgrywa różne postaci. Tym razem swych występów będzie mieć aż dziewięć. Takiego podróżnika po mieście w wielkiej (choć czarnej) limuzynie mieliśmy w kinie co prawda już w zeszłym roku (przedziwne "Cosmopolis"), o ile jednak tam zmieniało się samo tło, a bohater był jeden, tak tu zmienia się wszystko. A i też o co innego w tej historii chodzi. Chaos, abstrakcja, całkowite szaleństwo.
Obejrzeć ten film to jedno, co innego o nim pisać. Wydawać by się mogło, że w tym bałaganie nie ma zupełnie sensu, że to teatr dla samej wariacji, sztuka dla sztuki, udziwniona na siłę, składająca ze sobą najdziwniejsze obrazy, tylko by zaszokować, by się wyróżnić na tle, ukazać coś innego niż zwykle. Co jest obrazem istniejącym wyłącznie dla samego obrazu. Bo też i jaki sens może być w tym udawaniu, w tym spoglądaniu na fałszywe historie, nie przystające nijak do rzeczywistości, w których nie obowiązują żadne reguły, a wszystko jest umowne? Po co to, dla kogo to? Szuka się sensu, wyjaśnienia, logiki, i tak pierwsze minuty, nawet kwadranse, upływają na znudzeniu, poirytowaniu, niezrozumieniu. Ekran z przyciągającego centrum staje się obrazkowym szumem, a dotąd niezauważalne otoczenie zaczyna odgrywać coraz większą rolę. Pani z tylnego rzędu zawzięcie pilnikująca paznokcie (tego jeszcze nie było), cudowna muzyka przebijająca się zza ściany obok (Martwe Zło wzywa), odciągają uwagę od tego ekranowego teatru, który obejść nie może, bo jest całkiem sztuczny. Staruszka zbierająca pieniądze na zatłoczonych ulicach, wariat biegający po cmentarzu zażerający nagrobne kwiatki, jedna naga pierś, jeden wzwód. Chaos, bełkot, tragedia.
Przed tym szaleństwem bronią się nawet same postaci, które czy to na głos, czy to przez swoją postawę, odpowiadają reakcjom widzów na sali. Niezwykłe, nieprawdopodobne, to nie ma sensu! Skrzyżowane ręce, obronna pozycja, przerażenie, zniesmaczenie, zdziwienie, zupełnie jak zachowanie postaci w którą wciela się Eva Mendes, gdy siedzi wraz z głównym bohaterem uwięziona gdzieś w podziemiach. Jednak z biegiem czasu, następują kolejne spotkania, sceny, przedstawienia. Zmieniają się gatunki, zmieniają się postaci. Ojciec, nastoletnia córka i ich sprzeczka, umierający człowiek i młoda kobieta, teledysk i musical, dramat i sensacja, jedno obok drugiego, jedno z drugim wspólnie splecione. I nagle, nawet nie wiadomo kiedy dokładnie, oraz w którym momencie, w tym szaleństwie pojawia się metoda. Większy zamysł, który zaczyna spajać poszczególne występy, łączyć kolejne etiudy. Metafora, która nie potrzebuje wyjaśnień, nie potrzebuje logiki ani uzasadnień, bo stoją za nią emocje, spojrzenie i myśl, nadająca temu wszystkiemu większy sens. I tak nagle "Holy Motors" staje się, choć właściwie jest już od samego początku, filmem o kinie. Przecież to właśnie tam rozgrywają się pierwsze sceny tego obrazu. W ciemnej sali, która lekko rozjaśniana jest przez smugę światła od projektora. W przedsionku do innego, udawanego świata, który jednak w tym miejscu staje się prawdą, która ożywa i przeistacza się w rzeczywistość, w którą można wkroczyć, co więcej, którą można zabrać ze sobą w myślach do domu.
To film o kinie, które jest wielkim uproszczeniem, emocjonalnym przekrętem, na który wszyscy dajemy się nabrać, raz za razem, i co więcej, na który chcemy się nabierać. O kinie, które choć odtworzone, choć nieprawdziwe, choć wcielone przez ludzi nie będących autentycznymi osobami, jednak będące tak istotne, ważne, wciągające, do którego ciągnie i ciągnąć będzie. To jednak jeszcze nie wszystko, bo prócz spojrzenia na film, obraz ten jest wielkim spojrzeniem na życie jako takie i ludzi w nim egzystujących. Ludzi, zakładających każdego dnia maski. Na różne okazje, na różne spotkania. Bo przecież każdy z nas jest aktorem we własnym przedstawieniu, każdy jest kimś innym niż w istocie, każdy przy każdym zachowuje się i prezentuje inaczej. Tchórz, bohater, smutas, dowcipniś, przyjaciel, wróg. To ciągle jedna, i ta sama osoba, która zmienia się wraz ze zmianą otoczenia, jak i z czasem. A kto jaki jest naprawdę, tego nie wie nikt. Wszystko jest płynne, my i inni, życie i świat, a jak jest, było i będzie to kwestia otwarta, nad którą można się zastanawiać. Jak też to robi Kylie Minogue, śpiewając w ostatnich scenach, a właściwie zadając w swym śpiewie kolejne pytania: kim jesteśmy, kim byliśmy, gdy byliśmy dawno temu? Kim będziemy, a kim byśmy byli, gdybyśmy postąpili kiedyś inaczej? Dobre kino, zdecydowanie na więcej seansów niż jeden raz.
Gdzie obejrzeć film: Holy Motors (2012)
Film dostępny tylko za pośrednictwem płatnych platform VOD
Komentarze
0 comment