Recenzja filmu: Harry Potter i Insygnia Śmierci: część II (2011) - Gdzie obejrzeć cały film online za darmo z lektorem?
Recenzja filmu: Harry Potter i Insygnia Śmierci: część II (2011) - Gdzie obejrzeć cały film online za darmo z lektorem?
Trudny orzech do zgryzienia. Z jednej strony ogromny sentyment do opowieści o Chłopcu, Który Przeżył, nie pozwala mi za bardzo skrytykować tego filmu, z drugiej jednak strony nie potrafię przemilczeć oczywistych potknięć twórców, które niestety zdarzyły się im w tej części. Stąd, na razie nie wiem jak ocenić finał Harry’ego Pottera.

Obsada Filmu: Harry Potter i Insygnia Śmierci: część II (2011)

  • reżyseria: David Yates
  • scenariusz: Steve Kloves
  • aktorzy: Daniel Radcliffe, Rupert Grint, Emma Watson, Helena Bonham Carter, Robbie Coltrane, Warwick Davis, Ralph Fiennes, Michael Gambon, John Hurt, Jason Isaacs, Gary Oldman, Alan Rickman, Maggie Smith, David Thewlis, Julie Walters, Bonnie Wright, Jim Broadbent, Domhnall Gleeson, Tom Felton, Ciarán Hinds, Helen McCrory, Natalia Tena, Evanna Lynch, James Phelps, Oliver Phelps, Clémence Poésy, Matthew Lewis, Emma Thompson, Kelly MacDonald, David Bradley
  • muzyka: Alexandre Desplat
  • zdjęcia: Eduardo Serra
  • montaż: Mark Day
  • na podstawie: powieści J.K. Rowling "Harry Potter i Insygnia Śmierci"

Recenzja Filmu: Harry Potter i Insygnia Śmierci: część II (2011)

Świetne momenty mieszają się tu z takimi, o których najlepiej byłoby jak najszybciej zapomnieć. Jak na razie zachowawczo mogę tylko powiedzieć, że jest on po prostu dobry.  Tylko tyle, i aż tyle.  Całe szczęście nie jest rozczarowaniem, bo w serii zdarzały się już gorsze filmy, ale zostawia po sobie spory niedosyt.  To dziwne, ale po zakończonym seansie czułem niewiele. Nie miałem wrażenia, że obejrzałem właśnie wielki finał, że to już koniec historii, która obecna była na ekranach kin przez blisko 10 lat.  Tak jakby produkcja ta była po prostu kolejnym obrazem z rzędu, a nie wielkim zakończeniem.  Nie udało mi się wciągnąć w opowiadaną przez twórców historię, nie pochłonęła mnie ona na całego.  I co chyba najgorsze, w gruncie rzeczy zupełnie mnie obeszła.  Czy będę tęsknić za tym magicznym światem?  Oczywiście, że tak.  To seria na której wyrosłem, która dojrzewała wraz ze mną, która zmieniała się równocześnie ze mną na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.  Tym bardziej szkoda mi, że jej filmowy finał okazał się być po prostu… dobry.

Zdarzają się w drugiej części "Insygniów Śmierci" momenty prawdziwie magiczne, wzruszające.  Chwile skupiające się przede wszystkim na bohaterach, ich przeżyciach, które dotykają nas do żywego, na których nie sposób nie uronić choćby jednej łzy.  Do takich fragmentów zaliczyć można przede wszystkim wspomnienia Snape'a.  Przed seansem bardzo obawiałem się jak twórcy je przedstawią, bo w "Księciu Półkrwi" niestety nie poradzili sobie z tym zadaniem zbyt dobrze, za bardzo skracając te niezwykle ważne chwile.  Tym razem  całe szczęście stanęli na wysokości zadania i choć sporo pozmieniali w materiale źródłowym, to udało się im zachować ogólny wydźwięk tych scen, nawet go jeszcze odrobinę wzmacniając. Rewelacyjnie wypada także marsz Harry'ego do Zakazanego Lasu, w czasie którego zaczynają pojawiać się mu najbliższe, ale nieżyjące już osoby.  To moment autentycznie wzruszający, w którym czuć wagę zaistniałej sytuacji, czuć jej tragizm, nieodwołalność, ostateczność.  Taki powinien być cały ten obraz, tak zapierający dech w piersiach, od początku do samego końca.  Niestety tylko chwilami wzbija się on na podobne wyżyny.  Twórcy nie ustrzegają się zagrywek typowo hollywoodzkich, momentów charakterystycznych dla kina młodego widza, które nijak nie pasują do tej historii, ani do samego filmu.  Wtedy aż nieprzyjemnie patrzeć na ekran, bo z wielkiej, podniosłej opowieści, film ten zamienia się w zwyczajną, przyjemną przygodówką, którą zdecydowanie nie powinien być.

Wiele jest tu scen niedogranych, niedociągniętych do samego końca, które niosły ze sobą ogromny potencjał, ale nie zostały należycie wykorzystane.  Takich, które dzieją się ale bez odpowiedniej siły.  Takie, które rozpoczynają się z wielkim hukiem, ale nie potrafią równie spektakularnie się zakończyć.  Wielokrotnie czegoś mi w nich brakowało.  Czy to podczas misji u Gringotta, czy to w końcowej bitwie o Hogwart, która na samą bitwę wygląda niespecjalnie.  To ciekawe, że choć tym razem twórcy mieli tylko ponad dwieście stron do zekranizowania, do tego końcowych, więc zbierających poszczególne wątki ze sobą, skupionych na dwóch głównych wydarzeniach, to i tak pokusili się o liczne zmiany w fabule.  Uprościli, wyrzucili, lub pozmieniali wiele z książkowych wydarzeń.  Dziwi to tym bardziej, gdy wspomni się o wiele dłuższą część pierwszą, która pomimo pewnych zmian, była jednak bardzo wierna książkowemu oryginałowi.  Tu scenarzysta niestety zaszalał, chwilami na całego, przedstawiając swoją wizję finału, która wielokrotnie kłóci się z tą opowiedzianą cztery lata temu przez Rowling.  I choć niektóre zmiany można zaliczyć w miarę na plus, jak chociażby dłuższy pojedynek Voldemorta z Harry'm, którego trochę brakowało mi w książce, to niestety większość z nich była totalnie niepotrzebna i zamiast wzmocnić oryginał, tylko go osłabiła i tu świetnym przykładem są bezpłciowe sceny tuż po finałowej walce, która przechodzi zupełnie bez echa, tak jakby nie była w ogóle ważna, jakby zupełnie nic się nie stało, jakby nic nie znaczyła, ani dla bohaterów ani świata w którym żyją.

Co ciekawe również samej walki, gigantycznego pojedynku pomiędzy zwolennikami Voldemorta, a obrońcami Zamku nie ma zbyt wiele.  Dziwi to tym bardziej, bo książkowy finał był idealnym materiałem na gigantyczne widowisko, prawie, że wojnę, której w filmie jakoś nie za bardzo widać.  Są efekty (trójwymiar upchnięty na siłę, byleby tylko bilety kosztowały więcej), statyści biegają we wszystkich kierunkach, błyskają światła, ale przedstawione to zostało w sposób tak płaski, nie emocjonalny, że poszczególne sceny nie oszałamiają, nie podnoszą napięcia.  Twórcy niby pododawali do tego obrazu jeszcze kilka spektakularnych scen, jak na przykład obronę mostu, ale w wielu z nich czegoś brakuje, nie pokazane są z wymaganą dla nich podniosłością.  Tak jakby były zupełnie nieważne, jakby twórcy umieścili je jedynie z musu, chcąc jak najbardziej je ograniczyć, nie pokazywać ich za wiele.  Boją się pokazywać również śmierć.  I tak, wiem, że nawet w książce momenty te były pomijane przez autorkę, lub były opisywane zupełnie przelotem, ale się jednak zdarzały.  I co ważniejsze, tuż po nich Rowling zatrzymywała się na chwilę nad konkretnym, nieżyjącym już bohaterem.  Wyczuwalna była strata kolejnych postaci, bolesna, chwilami tak szokująca, że aż przystawało się z czytaniem, by móc ochłonąć.  Tutaj nie dość, że nie widać śmierci jako takiej, to i opłakiwania jednych z najważniejszych postaci jest tyle co nic.  Tak jakby nie było to wcale ważne, jakby nic wielkiego się nie stało.

Przed całkowitym zobojętnieniem tej historii ratują ją wyłącznie aktorzy.  Niektórzy grają tutaj bowiem wybitnie.  I choć ich czas ekranowy jest bardzo ograniczony, choć widzimy niektórych przez zaledwie kilka minut, to nawet w ciągu tak krótkich chwil, potrafią pokazać się z jak najlepszej strony, potrafią bezbłędnie odegrać swoje postaci, skupić naszą uwagę wyłącznie na sobie.  Perfekcyjna jest Helena Bohnam Carter, która tym razem zagrała nie tylko szaloną Bellatrix, ale również Hermionę na chwilę zamienioną w Bellatrix, idealnie naśladując ruchy młodej czarownicy, pokazując jak okropnie czuje się w nie swojej skórze i jak nie potrafi się odnaleźć w nowej dla siebie sytuacji.  Cudowny jest również Alan Rickman, który tym razem miał wreszcie okazję w pełni pokazać swoją postać, w pełni się wykazać i wykorzystał swój czas co do sekundy.  Chwile spędzone z nim są naprawdę niezwykłe.  Bardzo dobrze wypada również Ralph Fiennes czyli Voldemort, który z czasem coraz bardziej słabnie, zaczyna popełniać błędy i pierwszy raz w życiu zaczyna się bać o siebie.  Bardzo dobra rola.  Niestety obok tak fantastycznych, dopracowanych i przemyślanych występów, zdarzają się tu też takie, które sprawiają wrażenie całkowicie wymuszonych, nienaturalnych, zbyt niepewnych.  Tak jakby już podczas zdjęć twórcy nie byli do końca pewni czy konkretne sceny wypadną dobrze, wystarczająco przekonująco.  Wielka również szkoda, że w finale zniknęła wieź między trójką przyjaciół, tak wyczuwalna we wstępie finału i niektórych poprzednich częściach.  Tak jakby Harry, Ron i Hermiona oddalili się od siebie w tych ostatnich chwilach walki.  Tak jakby ich przyjaźń nie była w zderzeniu z ostateczną rozgrywką tak ważna.

Potwornie denerwujące w tym filmie jest poza tym pojawianie się postaci z nikąd.  Nagle ni stąd ni zowąd zjawia się znany nam z wcześniejszych części bohater.  Z jednej strony fajnie, że w ostatnich minutach filmowej opowieści o Harry'm twórcy zebrali większość znanych twarzy do tej produkcji, nawet pewne magiczne stworzenia z poprzednich epizodów tu umieszczając, tylko, ze nie ma w tym żadnej ciągłości, żadnej konsekwencji.  Po prostu konkretne postaci są w danym momencie do czegoś potrzebne i twórcy wyciągają je niczym z kapelusza, wrzucając w centrum akcji.  Skąd, dlaczego się w niej wzięły, już nam nie tłumaczą.  Chwilami potwornie wypadają również dodawane na siłę elementy humorystyczne.  Tak oczywiście, były one obecne również w książce, ale pojawiały się w odpowiednich momentach.  Tu wrzucone są totalnie na siłę, zupełnie jakby twórcy przerazili się materiału źródłowego i na siłę starali się odciążyć atmosferę swojej produkcji. I niestety się im to udało.  Przez to pomiędzy poważniejszymi momentami otrzymujemy wsadzone na siłę dowcipy, sceny, które nie wiedzieć po co miały śmieszyć, które jedynie burzą tak konsekwentnie budowany przez ostatnie epizody klimat grozy, zagrożenia i potwornego strachu.  Przez nie, nie czuć zupełnie o co toczy się cała gra, jak bardzo jest ważna.  Tak jakby była ona tylko kolejną przygodą do przeżycia, niczym więcej.  Tak jakby bohaterowie wcale nie walczyli na śmierć i życie, jakby od powodzenia ich misji wiele nie zależało.

Długo by można wymieniać najlepsze elementy tego filmu, bo całe szczęście nie jest ich niewiele, a także wspominać te, które się całkowicie nie udały, bo tych niestety jest tu sporo.  Zastanawiam się jednak ciągle jak to się mogło stać, że pierwsza część "Insygniów Śmierci" reżyserowi udała się tak niespodziewanie dobrze, stając się dla mnie chyba najlepszym filmem z całej serii, a przy jej zakończeniu mam tak mieszane uczucia?  Co poszło nie tak?  I wydaje mi się, że przyczyna takiego stanu rzeczy jest jedna.  David Yates przed wkroczeniem w świat magii i czarodziejstwa był reżyserem telewizyjnym, który kręcił kameralne obrazy dla brytyjskiej telewizji.  Doświadczenie wyniesione z pracy przy tych produkcjach idealnie nadało się do pierwszej części "Insygniów Śmierci", które same w sobie miały być obrazem spokojnym, pozbawionym szybkich scen, widowiskowości.  Reżyser wtedy mógł skupić się na postaciach, na tym co tak charakterystyczne dla niewielkich produkcji.  Gdy opowieść skupiła się na trójce przyjaciół, postawionych przed niemożliwym do wykonania zadaniem, doskonale wiedział jak rozegrać kolejne sceny, na co zwrócić uwagę, jak pokierować tą historią.  Z resztą to widać również we wszystkich wolnych momentach jakie pojawiają się i w finale, które dzięki swojej kameralności w większości się udają.  Jednakże ilekroć akcja nabiera tempa i rozmiarów, Yates zaczyna się gubić (scenarzysta niestety również) i film zaczyna się sypać.  Brakuje napięcia, konkretnych emocji, gubi się gdzieś łączność z postaciami, tak istotna, by wybuchowe efekty naprawdę emocjonowały.  A wtedy zostają już nam tylko ładne obrazki.  Niestety.

Ocena Filmu: 8/10

Gdzie obejrzeć film: Harry Potter i Insygnia Śmierci: część II (2011)

Film dostępny tylko za pośrednictwem płatnych platform VOD

Komentarze

https://minds.pl/public/assets/images/user-avatar-s.jpg

0 comment

Nikt jeszcze nie napisał komentarza!