views
Obsada Filmu: Trzy minuty. 21:37 (2010)
- reżyseria i scenariusz: Maciej Ślesicki
- aktorzy: Krzysztof Stroiński, Agnieszka Grochowska, Bogusław Linda, Lidia Sadowa, Paweł Królikowski, Modest Ruciński, Tomasz Karolak, Marcin Walewski, Sławomir Orzechowski, Waldemar Błaszczyk, Stefan Knothe, Karolina Nolbrzak, Joanna Turkowska, Marek Siudym, Izabela Dąbrowska, Jacek Braciak, Bartłomiej Firlet
- muzyka: Przemysław Gintrowski
- zdjęcia: Andrzej Ramlau
- montaż: Krzysztof Paluchowski, Kamil Czwartosz
Recenzja Filmu: Trzy minuty. 21:37 (2010)
Obraz Macieja Ślesickiego to niestety film potwornie przeciętny, nijaki, po prostu zwykły. Zapomina się o nim jeszcze w trakcie jego oglądania. Kolejne wydarzenia następują leniwie, zastępując te, które przed chwilą miały miejsce i tak dzieje się przez dwie godziny seansu. Jakby ktoś nadpisywał to, co chwilę wcześniej zostało pokazane. Nuda sączy się powoli ale nieustannie, chwilami aż ciężko ją wytrzymać. Całość wygląda jak zlepek kilku(nastu) innych filmów, luźnych pomysłów, które akurat były pod ręką, które oddzielnie wyglądały może dobrze, ale w połączeniu wypadają jakoś tak nieprzekonująco. Podobnie jak nieprzekonująco wypada tu nawiązanie do tytułowej godziny 21:37, bo jak się w czasie seansu okazuje, same wydarzenia nie mają z nią wiele wspólnego, i służy ono chyba tylko ukryciu zwyczajności tej produkcji.
Niestety ale potencjał, szansa, która istniała w tej historii, nie została ani trochę wykorzystana. Na początku seansu, oglądając Ziemię z kosmosu, słyszymy zza kadru tajemniczy głos, informujący nas, że sześć lat temu, po śmierci papieża Jana Pawła II, pewnej nocy Polacy zgasili na trzy minuty światła w swoich domach. Choć jak to przesadnie obrazuje komputerowa animacja, Polska zgasła na tle innych krajów Europy, w tym czasie skumulowała się na naszym terytorium niezwykła energia. Cud, tajemnica, zagadka? Nie wiadomo. Podobno jednak w tym czasie wszystko mogło się zdarzyć. Sęk w tym, że ten zdecydowanie zbyt szybko wyrecytowany wstęp, nijak się ma do późniejszych wydarzeń. Niby poszczególne opowieści rozgrywają się w okolicach tamtego czasu, ale równie dobrze mogłyby zdarzyć się w dowolnym innym okresie i nic, dosłownie nic, by się w nich nie zmieniło. Tło wydarzeń pierwszoplanowych jest zupełnie niepotrzebne, dodane całkowicie na siłę, by ładnie wyglądało w tytule, by dumnie brzmiało w opisie filmu, by dobrze go promowało i przyciągało widzów do kinowych sal. Bez nawiązywania do tych trzech minut tak łatwo wypromować tego filmu by się przecież nie dało.
Denerwujące są w tej produkcji chwilami drętwe dialogi, oparte na pojedynczych, nic nie wnoszących do sprawy słowach. Równie dobrze bohaterowie mogliby się w ogóle nie odzywać, bo brzmią one nienaturalnie. Wlatują jednym uchem, wylatują drugim, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Co gorsza są zagrane bez przekonania, jedynie wypowiadane. Najsłabiej wypadają natomiast wszystkie sceny grupowe, gdy na ekranie pojawia się więcej niż dwóch aktorów, a emocje mają wziąć górę, ma się coś ważnego wydarzyć. Wszystko się wtedy rozłazi, scena zamienia się w teatrzyk, odgrywanie na ekranie konkretnych wydarzeń, a nie przedstawianie życia. Wygląda to sztucznie, nieprzekonująco. Wielka szkoda, bo wiele scen ma spory potencjał i gdyby zostały lepiej zagrane, inaczej przedstawione, robiły by znacznie lepsze wrażenie. Nie zostają one jednak należycie wykorzystane. Świetnym przykładem jest tu wątek sparaliżowanego malarza (Linda), który leżąc w szpitalnym łóżku wykrzykuje w myślach cały swój ból. Sceny te zostały potwornie przegadane, przez co nie robią większego wrażenia. Przez ten nieustający monolog nie można się na nich skupić, zagłębić się w nie. Nie sposób poczuć sytuacji w jakiej znalazł się bohater, chociażby na moment zamyślić nad tym co go spotkało. Poczuć to odrętwienie, tę pustkę, ciszę, i potworną bezradność. A wystarczyłoby tylko zwolnić i zamilknąć na chwilę.
Kolejny problem to to, w jaki sposób przeplatają się trzy, a właściwie jeśli dobrze policzyć aż cztery opowieści składające się na ten obraz. Każda z nich jest inna, każda to zupełnie odmienna bajka, nijak nie pasująca do trzech pozostałych. A co najgorsze reżyser nie może przez cały seans zdecydować się którą chciałby kiedy nam pokazywać. Na początku ma się wrażenie, że będą się one płynnie przeplatać, przechodzić jedna w drugą, jak na porządny film tego typu przystało. Ale niestety tak się później nie dzieje. Reżyser raz skupia się na jednej opowieści, na jednym głównym bohaterze i otaczającej go rzeczywistości, poświęcając mu zdecydowanie zbyt wiele czasu, by wnet obudzić się, zdać sobie sprawę z tego, że zapomniał o pozostałych i czym prędzej nadrabiać tę zaległość. I tak w kółko. Gdy za długo skupia się na jednej postaci, przechodzi do następnej, nad którą również za długo się zatrzymuje. Co gorsza jedna opowieść jest dłuższa od drugiej, nie ma tu jakiegoś logicznego, równomiernego podziału między nimi. To co tak fantastycznie udało się w "Zero" tutaj w ogóle nie wyszło. Nie ma gładkiego przeplatania się historii, odpowiedniej równowagi. Owszem na końcu wszystkie wątki połączą się ze sobą, ale zanim to nastąpi obserwujemy całkowitą przypadkowość.
Reżyser niby podejmuje w swoim filmie jakieś poważne tematy, ale tak naprawdę tylko się po nich ślizga. Do żadnych ciekawych, intrygujących, wartych zapamiętania czy przemyślenia wniosków nie dochodzi. Nic ważnego, odkrywczego nam swoją produkcją nie daje. Ot cały czas snuje tylko swoje dziwaczne opowieści, nie wiedzieć tylko po co i na co, chyba tylko po to byleby się coś na ekranie działo, byleby tylko coś bohaterowie robili. I tak wpadający w depresję, nadużywający alkoholu ceniony reżyser zakochuje się w dużo młodszej korepetytorce języka angielskiego. Jego córka natomiast związuje się ze znanym malarzem, który w wyniku wypadku zostaje całkowicie sparaliżowany. Mały chłopczyk mieszkający z biednym ojcem, który z braku środków na życie trudni się kłusownictwem, znajduje białego konia i zaczyna się nim opiekować. A zmęczony niesprawiedliwością życia samotny człowiek, idzie w miasto wymierzać sprawiedliwość, niczym bohater "Upadku" z Michaelem Douglasem. Tę ostatnią historię, jako jedyną poznajemy w zaburzonej chronologii, po kawałku dochodząc od końca do jej błahego początku. Te cztery opowieści wyjęte są jakby z zupełnie odmiennych filmów, połączone nie wiedzieć czemu. Zdecydowanie lepiej sprawdziłyby się jako oddzielne krótkie metraże, a nie części większej całości.
Kłopoty pojawiają się również z utrzymaniem przez cały seans odpowiedniego klimatu tej produkcji. Raz obraz ten zaczyna przypominać komedię, korzystając z zagrań nastawionych na rozśmieszenie nas, raz przygnębiająca muzyka kieruje ten obraz na tory bardziej dramatyczne, starając się dodać mu nieco powagi, innym jeszcze razem całość zamienia się w jakiś dziwaczny, naciągany, nieprzekonujący romans. Co gorsza to co ma wzruszać jedynie śmieszy, a to co powinno zastanawiać, przerażać, zmuszać do myślenia, jedynie nudzi. Okropnie wypada również zakończenie. Na siłę dodany happy end, podporządkowany zamysłowi jakoby nic na tym świecie nie działo się bez przyczyny, że wszystko na tym ziemskim padole ma jakiś swój ukryty, na pierwszy rzut oka niewidoczny, cel. Myśl mądra, ale znów przedstawiona w sposób bardzo nieprzekonujący. Zakończenie następuje szybko, zbyt gwałtownie, bez żadnego normalnego przejścia, zupełnie bez uprzedzenia. Tak jakby wcześniejsze wydarzenia trwały zdecydowanie za długo i nie starczyło już czasu na lepsze połączenie ich z finałem, a w otwarty, dość pesymistyczny sposób zakończyć tego filmu przecież nie można było, stąd taki nad wyraz optymistyczny finał. Spore rozczarowanie.
Gdzie obejrzeć film: Trzy minuty. 21:37 (2010)
Film dostępny tylko za pośrednictwem płatnych platform VOD
Komentarze
0 comment