views
Recenzja filmu Czarownica
w Grawitacji), a w dodatku przekonał przebywającą na aktorskich wakacjach Angelinę Jolie do powrotu na duży ekran? Po nazwisku powiecie – nobody. Zerkając na jego filmografię, będziecie jednak mocno zdumieni.
Robert Stromberg wykreował świat, o którym już w kilka tygodni po jego pierwszej odsłonie, było wiadomo, że stanie się kultowy. Pandora – bo o niej mowa – jest jednym z największych osiągnięć scenograficznych z dwóch powodów: po pierwsze, wiadomo, to wszystko było ossoom, po drugie, Stromberg jako pierwszy w dziejach (nie w ogóle, ale w taki sposób) wykreował tak fantastyczną rzecz pozostając w ścisłej współpracy z grafikami komputerowymi i innymi specjalistami od tych fajnych efektów, które widzimy na ekranie. O tym, że odwalił kawał dobrej roboty, wiemy wszyscy i wcale nie trzeba było nam tego potwierdzać przyznaniem mu za to Oscara (ale dobrze, że tak się stało). Avatar był pierwszym i największym osiągnięciem Stromberga, choć dwa kolejne wielkie projekty trudno oskarżyć o wtórność. Zarówno Alicja w Krainie Czarów, jak i Oz: Wielki i Potężny, jakkolwiek nie odniosły tak wielkiego sukcesu jak film Camerona, czarowały warstwą wizualną i nie pozostawiały wątpliwości, że jej autor jest magikiem i ma głowę pełną pomysłów. Udowodnił to zresztą raz jeszcze właśnie w Czarownicy, w której chyba tylko z kokieterii nie ujawnia się w gronie odpowiedzialnych za kreację świata scenografów.
Trudno mówić o Czarownicy w oderwaniu od tego, co widzą oczy. A widzą dużo piękna i choć mają świadomość, że ta rzeczywistość nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, dają się tym widokom zaczarować. Stromberg z największą przyjemnością przenosi nas w czasy dzieciństwa, do świata przepięknych, mądrych baśni, których wtedy chcieliśmy słuchać w nieskończoność. Wszystko w tej Czarownicy żyje i tym życiem tętni, a aktorzy, choć grający w zupełnym oderwaniu od kreacji, którą my widzimy, zdają się czuć tę atmosferę cudowności i idealnie wtapiają się w krajobraz. Tytułowa Czarownica jest złowróżbna i tajemnicza tak jak mroczny las, który ją otacza, młodziutka Aurora cieszy oko swoją lekkością i świeżością, a śliczne, małe, choć już nie takie młode wróżki bawią tak jak inne wyrosłe z zielonej krainy stworzenia.
Wszystkie zresztą postaci – no, może z wyjątkiem króla Stefana (jakoś się nie lubimy z Sharlto Copleyem) – świetnie się tu wpasowały. Stromberg zebrał w obsadzie naprawdę świetne towarzystwo. Manville (Mike Leigh!), Staunton (ehem ehem Umbridge!), Temple (Di!) w roli trzech uroczych wróżek świetnie wypadają zarówno w naturalnych rozmiarach, jak i w wersji mini, dużą przyjemność sprawia oglądanie Sama Rileya w roli asystenta (safe word) Diaboliny, jeszcze większą naprawdę naturalnej Elle Fanning (skąd ta krytyka?). Trochę więcej kłopotu sprawia sama Jolie, która swoją wszechmocą (i – chciałoby się powiedzieć – wszechaktorstwem) tak bardzo dominuje nad partnerami i w ogóle całym światem wewnętrznym tego filmu, że chwilami staje się on filmem jednego aktora. Pamiętam, że mieliście podobne zarzuty w stosunku do Meryl Streep w Sierpniu w hrabstwie Osage. I choć Angelinie trudno zarzucać szarżowanie warsztatem, momentami odnosiłam wrażenie, że jest tak idealna, że aż nieludzka. Czy to zarzut – chyba nie, ale odczucie pozostało. Była jednak – i to nie podlega wątpliwościom – fantastyczna w roli Diaboliny (łot de fak łif dis nejm), mimo tych fatalnie wystających i dodatkowo uwypuklonych make-up’em kości policzkowych, które tak bardzo zaprzątały moją uwagę, że musiałam się mocno skupiać, by słuchać, co się dzieje poza nimi.
Podobała mi się ta Czarownica. Była taka jaka być powinna: piękna wizualnie, ciekawa w treści, ładnie zagrana, z wartkim tempem akcji, a przede wszystkim – cudownie baśniowa. Warto było jej zapłacić, by zaprezentowała się w pełni.
Komentarze
0 comment