views
Recenzja Filmu: Wielki Gatsby (The Great Gatsby) 2013
Teraz w garnitur tytułowego milionera wbija się Leonardo DiCaprio, a za kamerą staje Baz Luhrmann - australijski reżyser, który chętnie czerpie z estetyki wideoklipu. Czy udało mu się uchwycić fenomen powieści, która od lat trzyma się mocno na listach arcydzieł literatury światowej?
Wbrew temu, o co można by posądzać Luhrmanna, jako współscenarzystę filmu, wcale nie ingeruje on znacząco w strukturę powieści, trzymając się głównych węzłów fabularnych i obficie cytując Fitzgeralda w komentarzach narratora. "Gdy byłem młodszy i wrażliwszy, ojciec mój dał mi pewną radę..." - czyta z offu Tobey Maguire, który wciela się w Nicka Carrawaya. Początkujący broker giełdowy, niedoszły pisarz wprowadza się do skromnej willi, która sąsiaduje z pałacową rezydencją Jaya Gatsby'ego. Bogacz znany jest w Nowym Jorku, jako gospodarz hucznych przyjęć, na które bez zaproszenia przybywa całe miasto. Mimo to niewielu miało okazję go widzieć, nikt nie wie też skąd wzięła się jego bajeczna fortuna. Kiedy Nick wreszcie go spotyka, Gatsby okazuje się ujmującym, choć skłonnym do konfabulacji marzycielem, któremu zależy głównie na poznaniu jego kuzynki - Daisy. Wkrótce staje się jasne, że tych dwoje łączyła przed laty miłość. Wiedząc, że kuzynka męczy się w małżeństwie z despotą i kobieciarzem, Nick aranżuje jej randkę z Gatsbym, by obserwować jak między nimi odżywają dawne uczucia. Staje się jasne, że wszystko co osiągnął milioner było obliczone na konkretny efekt…Dalszy ciąg tej historii większości z nas jest dobrze znany. Niestety tym, którzy dzięki filmowi zetkną się z nią po raz pierwszy trudno będzie dotrzeć do jej sedna.
W całym Hollywood nie znalazłby się drugi tak wprawny w obrazowaniu pustki i przesytu twórca, jak Baz Luhrmann. Z drugiej strony w jego ekranizacji "Wielkiego Gatsby'ego" cechy te przybrały rozmiar uniwersalny. Wszystkiego jest tu za dużo, za głośno, zbyt gęsto. Luhrmann atakuje widza tak porażającą ilością bodźców wzrokowych, że trudno skupić się tu na czymkolwiek innym. Kadry zakomponowane są na wzór wielkich malowideł historycznych - dominuje natłok i jednoczesność. Do tego dochodzi dekoncentrujące 3D. Podkład dźwiękowy jest równie męczący: niekończące się przemowy narratora uzupełniane są hałaśliwą, współczesną ścieżką muzyczną pomysłu Jaya Z. W ten sposób twórcy przerzucają pomost między czasami prosperity lat 20. a dzisiejszą kulturą klubową...
Nie jestem bynajmniej przeciwniczką kreatywnych adaptacji, bardzo podobał mi się pomysł Luhrmanna na Szekspira ("Romeo i Julia"), ale tym razem nie zagrało. Ma się wrażenie jakby reżyserowi nie udało się połączyć różnych warstw utworu. Efekt przypomina przyswajanie słuchowiska radiowego, przerywanego jinglami z jednoczesnym patrzeniem na wyciszony obraz z Fashion TV. Nie twierdzę, że nie ma tu zupełnie nic udanego, przeciwnie: scenografia poraża, zdjęcia są zachwycające, a kostiumy zapierają dech - jednak wszystko razem tworzy trudną do zniesienia całość, która zdaje się równie pusta, co reklama perfum! Nie zawodzą aktorzy. DiCaprio gra swoją rolę bez zarzutu, być może nawet bardziej przekonująco niż Redford, a Carey Mulligan nie ustępuje wcale Mii Farrow, a jednak z tych występów niewiele pamięta się po wyjściu z kina. Nawet dwojąc się i trojąc gwiazdy nie potrafią wywołać emocji. W efekcie "Wielki Gatsby" to widowisko zimne i przeestetyzowane. Najgorsze, że w tym wszystkim zatraca się też wymowa powieści. Bo czy nieobeznany z nią widz zorientuje się, że ogląda agonię mitu o amerykańskim śnie? Zrozumie, co uosabiał Gatsby i dlaczego nie mógł wygrać z fortuną Buchananów? Wątpię.
Komentarze
0 comment