Mało jest zjawisk tak kontrowersyjnych jak stygmatyzm. Jeden z najnowszych i najsłynniejszych przypadków, co do którego spory trwają do dziś, zdarzył się w naszych czasach. Był to słynny przypadek Therese Neumann z Konnersreuth (1898-1962). Ponieważ jest on pod względem czasu i miejsca bardzo nam bliski, dlatego nie będziemy się nim w ogóle zajmować, lecz skoncentrujemy się na znanych od XIII wieku przypadkach, które wywołały mniejsze lub większe poruszenie i były lub pozostały zagadkowe.

Oto pierwszy z nich, który dotyczy Giovanniego Bernadone, bardziej znanego pod swoim późniejszym imieniem - Franciszka z Asyżu. Mamy rok 1244. Po okresie burzliwej młodości Giovanni obiera sobie za cel życia „podążanie śladami Chrystusa". Jak Jezus na pustyni, pości przez 40 dni ku czci Archanioła Gabriela. Aby być bliżej Boga, wspina się na górę La Verna (Alwernia). Tam spotyka go coś cudownego. I to w postaci niebiańskiej wizji.

Widzi zstępującego na ziemię uskrzydlonego posłańca. Tajemnicza postać „ma sześć świecących, płonących skrzydeł". Dopiero gdy anioł jest bardzo blisko, Giovanni Berna-done rozpoznaje między skrzydłami postać człowieka. Ta wizja sprawia mu ogromną radość. Dla niego jest to łaska boska. Przepełniony uwielbieniem rozpoznaje w postaci ukrzyżowanego Chrystusa. Na dłoniach i stopach widać wyraźnie rany po ukrzyżowaniu, a na boku ślad po przebiciu włócznią. Potem zjawa znika.

Co „naprawdę" się zdarzyło, pozostanie nie rozstrzygnięte: czy opowiadanie jest świętą legendą, czy autentyczną „wizją" lub rodzajem ekstatycznego widzenia w stanie podobnym do snu na jawie. Wyjaśnienie tego nie jest tutaj najważniejsze.

Franciszka z Asyżu ogarnia jednocześnie radość i cierpienie. Serce mu krwawi (jest to idiom - rozumiany symbolicznie, a nie dosłownie), gdy myśli o cierpieniu ukrzyżowanego, a jednocześnie ogarnia go nieopisana euforia. Jest przekonany, że Bóg dał mu znak, pokazał mu obraz. Jest to dla niego potwierdzeniem: ty, Franciszku, jesteś na dobrej drodze. I w czasie, gdy trwa w religijnej' ekstazie otrzymuje stygmaty męki pańskiej. On sam więc widzi u siebie ślady ran Chrystusa. Datę lego wydarzenia dokładnie przekazano: był to 29 sierpnia 1224.*

Istnieją liczne relacje o stygmatach Franciszka z Asyżu i ich opisy. Są zgodne w szczegółach, mogą zatem uchodzić za potwierdzone przez świadków. Brat Tomasz z Celano, który na własne oczy widział znamiona przekazał następującą relację:

„Jego ręce i nogi były pośrodku jakby przedziurawione gwoździami; główki gwoździ wystawały po wewnętrznej stronie dłoni i górnej powierzchni stóp, a ich ostrza po przeciwnych stronach. Znamiona po wewnętrznej stronie dłoni były okrągłe, a na ich grzbiecie podłużne."

Święty Bonawentura pytał świadków, wśród nich wielu uczniów Franciszka z Asyżu. Wszyscy, niezależnie od siebie, mówili to samo, „że gwoździe były czarnego koloru i jakby z żelaza." Oznacza to więc, że na dłoniach i stopach Franciszka z Asyżu ukazały się nic tylko same rany, lecz także gwoździe z krzyża. Dokładnie mówiąc: tkwiły faktycznie w tkance - lub też były jedynie rodzajem ich projekcji w ranach, bo wspomniano też ich „czarny kolor". Jak wynika z tych relacji, było wyraźnie widać, że ostrza gwoździ były zagięte. „Moimi było wsunąć palec pomiędzy ostrze i skórę."

Święta Klara, która również o tym mówi, stwierdza, że gwoździe były wprawdzie ruchome, ale nie dały się poruszać. Rozmiar rany określany jest słowami: „szeroka i głęboka na trzy palce." Mimo tych pozornie bardzo głębokich ran w dłoniach, Franciszek z Asyżu mógł poruszać pakami. Za to rana w boku bolała przede wszystkim przy chodzeniu. Dlatego dłuższe trasy pokonywał konno. Papież Aleksander, jak zostało to dowiedzione, również widział na własne oczy stygmaty Franciszka z Asyżu. 

Pytanie, jakie nasuwa się w związku z Franciszkiem z Asyżu, jak i innymi przypadkami stygmatów brzmi: czy można znaleźć naturalne wytłumaczenie dla tych ran?

A oto wyjaśnienie: stygmatycy tak intensywnie pragną - świadomie lub podświadomie -tego typu ran, że w końcu rany owe u nich powstają. W jeżyku klinicznym nazywa się to histerią.

Znany profesor medycyny, Otto Prokop, jest następującego zdania:

„Stygmaty są psychicznie uwarunkowanym rezultatem sugestii i daleko posuniętej histerii."

Także Franciszek z Asyżu chciał być dzięki owym znamionom podziwiany, przy czym nie należy tego pojmować jako „próżnego podziwu", lecz dosłownie jako „podziwianie ran" w sensie religijnym. Dużą role odgrywa przy tym również ogólny stan histeryka, który w ogóle jest warunkiem dla tego typu odczuć: histerycy odczuwają zazwyczaj wybitną potrzebę bycia obserwowanym, ściągania na siebie uwagi, bycia kochanym, chwalonym i uznawanym. W niektórych przypadkach wyraża się to bezpośrednio i raczej naiwnie, w innych w sposób wysublimowany i przejaskrawiony.

Przeciwko tej tezie przemawia fakt, że według relacji, Franciszek z Asyżu po powrocie z Alwerni początkowo usilnie próbował ukryć stygmaty, będąc przekonanym, że doznał szczególnej łaski, która należy zataić przed otoczeniem. Rany krwawiły jednak tak bardzo, że nie można było tego utrzymać w tajemnicy.

Teza o świadomym lub podświadomym silnym życzeniu,  pociągającym za sobą wyraźne skutki cielesne, wymaga udzielenia odpowiedzi na pytanie, czy coś takiego jest w ogóle możliwe. Duch, psychika lub siła woli człowieka są w stanie wywołać zadziwiająco realne reakcje organizmu. W psychiatrii i fizjologii istnieje na to od dawna wystarczająco wiele przykładów. Jednym z najbardziej znanych jest przypadek górnika, Augusta Diebela z Zagłębia Ruhry z początku lat dwudziestych. Przysypany w chodniku August Diebel dwa dni i dwie noce czekał na ratunek. Sam nie był w stanie uwolnić się ze swojej pułapki. Prawe udo i część stopy uwięzione były pod ciężkim odłamkiem skały. Czuł jak stopniowo zanikało czucie w jego członkach, które tkwiły, unieruchomione pomiędzy ciężkimi kamieniami, jak w imadle. Wiedział, że ten ciężar uniemożliwia dopływ krwi. Jeżeli wkrótce coś się nie stanie jego noga zbieleje i będzie stracona.

Ku swojemu zdziwieniu stwierdził u siebie zaskakujące zdolności. Udało mu się samą tylko silą woli „skierować" krew do zakleszczonej nogi. Zauważył, że można sterować dopływem krwi. Potwierdzili to po jego uratowaniu również nie mniej zdziwieni lekarze.

Po tym przeżyciu August Diebel porzucił swój zawód górnika i zajął się nieco makabryczną formą varićtes. Na scenie „produkował" rany męki Chrystusa. Dwa razy w tygodniu, w środy i niedziele, występował w tym numerze pokazując krwawe znamiona na swoich dłoniach.

Czy August Diebel nie mógłby zapłakać krwawymi łzami?

Nawet maksymalnie natężając wolę początkowo nic był w stanie tego dokonać. Ale na jego prośbę okulista ponakłuwał mu gałki oczne, robiąc w nich maleńkie dziurki. Udało mu się więc kilka razy zapłakać krwawymi łzami.

W ten sposób udowodniono - jak się wydaje wystarczająco przekonująco - że zjawisko stygmatyzmu można wywołać za pomocą świadomego aktu woli. Czy można założyć istnienie tego rodzaju aktu woli u Franciszka z Asyżu, nie przypisując świętemu motywów wynikających z próżności i wyrachowania?

Tak, jeżeli w jego wypadku nie zaszłaby pewna okoliczność - w każdym razie tak mówią przekazy - która nie przystaje do tego wyjaśnienia.

Zrozumiałe jest, że warunkiem wywołania stygmatów siłą woli jest taki jej rodzaj, który jest zarazem zamiarem. Taka wola nie musi być świadoma, może działać również podświadomie. Ale musi istnieć. Oznacza to, że zjawisko powinno ustać wraz ze śmiercią osoby noszącej znamiona męki Chrystusa.

Tylko żywy człowiek przejawia siłę woli. Załóżmy na razie taki stan rzeczy i pomińmy możliwości z obszarów granicznych, które omówione były w rozdziale o postaciach bez głowy. Pomińmy na razie wszystko, co wiedzie ku tym obszarom - na serio lub w kategoriach science-fiction.

Jeżeli przyjmiemy takie założenie, to stygmaty św. Franciszka z Asyżu musiałyby zniknąć po jego śmierci. Istnieją jednak relacje, z których wynika, że stygmaty na jego ciele były widoczne również po śmierci. Święta Klara poświadcza ten fakt: „Po śmierci Franciszka z Asyżu jego znamiona pozostały widoczne. Gwoździe również pozostały w ranach. Nadal były ruchome."

Oto fakty: ciało Franciszka z Asyżu wytworzyło z tkanek twory mające kształt i kolor prawdziwych gwoździ. Gwoździe te są ruchome. Wydają się ciałami obcymi, tkwiącymi w ranach, i powodującymi silne krwawienie. Nie dają się jednak - święta Klara usiłuje to uczynić na łożu śmierci - wyciągnąć z ran.

We francuskojęzycznej krytycznej pracy zbiorowej „L'Univers des Sciences occultes", poświęconej okultyzmowi i wiedzy tajemnej, wysnuto na podstawie tego przykładu następujący wniosek:  nie jest bynajmniej zawsze i wyłącznie efektem siły wyobraźni, histerii, niezrównoważenia nerwowego lub halucynacji" Należy uwzględnić fakt, że stare relacje i świadectwa powinno sic z wielu powodów czytać z pewną rezerwą i ostrożnością oraz nie zapominając o tym, że relacje podobne do tej o Franciszku z Asyżu istnieją też o wielu innych stygmatykach, a szczegóły ich wykazują zawsze dużą zgodność. Franciszek z Asyżu jest pierwszą (znaną) postacią stygmatyka. Po nim - aż do Therese Neumann w niedawnej przeszłości - było jeszcze wiele takich przypadków.

Czym mogły one być? Może wyrazem- podświadomej, ukrytej chęci bycia podziwianym lub też „przykładem wspomnień" (boskich lub ziemskich)?

Dane statystyczne rejestrują około 300 stygmatyków, wśród nich znajdują się te oto najbardziej znamienne przypadki:

Antonii z Padwy (1195-1231):

W roku 1220 wstępuję do założonego w roku 1209 przez Franciszka z Asyżu zakonu franciszkanów. W 1228 roku, dwa lata po swojej śmierci, Franciszek z Asyżu został kanonizowany. Antoni z Padwy, również został kanonizowany, a stało się to w roku 1231, zaraz po jego śmierci. Często przedstawiany jest z lilią i Dzieciątkiem Jezus na ręku. Podobnie jak u Franciszka z Asyżu i u niego pojawiają się znamiona męki pańskiej. Silnie krwawią, szczególnie te na dłoniach. W jego wypadku nie można wykluczyć fenomenu naśladownictwa lub solidarności.

Katarzyna ze Sieny (1347-1380):

święta cieszy się dużym zaufaniem wśród świeckich władców, panujących w jej czasach. Służy radą wielu książętom i papieżom. Za cel stawia sobie reformę Kościoła, który jej zdaniem musi powrócić do pierwotnych form wiary z czasów pierwszych chrześcijan. Historyk, Raymond z Kapui, relacjonuje, w jaki sposób doszło u niej do powstania stygmatów:

Właśnie modliła się za swojego spowiednika, gdy „przemówił do niej Bóg". I wtedy zrozumiała, że modlitwa za spowiednika została wysłuchana. Gdy poprosiła Boga o znak, głos zażądał: „Wyciągnij do mnie rękę!". Gdy to uczyniła, „wziął gwóźdź i przyłożył ostrze do środka jej dłoni. Potem nacisnął tak mocno, że wydawało się, iż dłoń została przebita. Odczuwała taki sani ból, jak gdyby gwóźdź wbijano jej młotkiem. Dzięki łasce bożej miała teraz na prawej dłoni ranę. »Nikt jej nie widzi, ale ja ją czuję chociaż cierpię."

W czasie tego niezwykłego wydarzenia zaszło jeszcze coś osobliwego: leżała, modląc sic, w kościele Santa Cristina w Pizie. Raymond z. Kapui odprawiał mszę świętą. Udzielił pobożnej kobiecie komunii świętej. Potem niewiasta powstała, uklękła i rozłożyła ramiona. Dosłowna relacja brzmi następująco: „Cała jej twarz wydawała się płonąć ogniem. Długo trwała w tej pozycji, nieruchoma, z zamkniętymi oczami. Potem ujrzeliśmy, jak nagle upadła jakby została śmiertelnie zraniona." Katarzyna relacjonuje, co przeżyła: Miała wizje Ukrzyżowanego Zbawiciela, który' „w świetlistej aureoli zstąpił ku niej. » Wysiłek mojej duszy, pragnącej dostać się do mego Stwórcy zmusił me ciało do podniesienia się" I ujrzała rany na ciele Chrystusa: na dłoniach, na stopach i na boku. I w tych samych miejscach odczuła tak gwałtowny bób że wydało jej się, iż nie może dalej żyć. Pada zemdlona.

Louise Lateau (1850-1883):

U młodej kobiety z Bois d'Haine w Belgii pokazały się znamiona męki Jezusa na dłoniach. Lekarz, doktor Gerald Molloy, bada krwawiące rany i stwierdza „owalne krwistoczerwone plamy". Krew wypływa w takich ilościach, że obserwatorzy są zdania, iż może to być jedynie oszustwo. Doktor Warlomont, członek Belgijskiej Akademii Medycznej, przeprowadza ściśle nadzorowane doświadczenie. Wkłada rękę Louise Lateau do szklanego pojemnika. Uczyniono wszystko, aby wykluczyć jakiekolwiek wpływy zewnętrzne, takie jak np. rozdrapanie ran. Znamiona mimo to znów się pojawiają. Krew* wypływa przez skórę po wewnętrznej stronie dłoni.

Francesco Forgione ("Pater Pio", 1887-1968):

Uważany w czasach młodości za słabego i chorowitego brat zakonny otrzymał znamiona męki pańskiej po raz pierwszy w 1915 roku. Przed obiadem jego zdumiona matka zauważyła jak „potrząsał rękami jakby się poparzył". Francesco bagatelizuje cierpienie i mruczy coś o „niegodnym wzmianki kłują-cym bólu". Później jednak rany się otworzyły, a następnie pojawiły się także na stopach. Prócz tego w boku pojawiła się jeszcze rana od włóczni. Jego przypadek, jak wszystkie inne tego rodzaju, trafił przed oblicze Sanctum Officium w Rzymie - wcześniej znanym też jako Święta Inkwizycja, a dzisiaj jako Biuro do Spraw Kongregacji Wiary. Badanie przeprowadzane jest w sposób staranny i dokładny. Na konsultantów powoływani są lekarze, wszystkie wątpliwe przypadki są wnikliwie rozważane i badane. Rany bandażuje się i zabezpiecza. Na skutek tego wyklucza się możliwość ingerencji zewnętrznej, czyli np. takich manipulacji, jak rozdrapywać, nie. Na pytanie, jak powstają owe znamiona, odpowiada się następującym stwierdzeniem: „ Wiedza medyczna nie zna odpowiedzi'

Brat Pio usuwa się z życia publicznego. Mógłby, tak jak ekstrawersyjni histerycy -jak określa ich prof. Prokop - próbować wzbudzić szeroki i ogólny podziw. Nie czyni tego jednak. Ukrywa swoje stygmaty w rękawiczkach. Rzadko opuszcza klasztor Kapucynów w San Giovanni Rotondo w południowo- włoskiej prowincji Foggia, gdzie się schronił. Wciąż poddaje się badaniom lekarskim, które dają zaskakujące rezultaty. Stwierdzane są u niego temperatury ciała, których nie można zmierzyć zwykłym termometrem: do 48 C. W takim stanie brat Pio wpada w trans. Lekarz, doktor Romanelli stwierdza, że krew brata w niewytłumaczalny sposób „pachnie". Papież Benedykt V (1914-1922) nazwał brata Pio „prawdziwym człowiekiem bożym".

Cloretta Robertson:

W Wielkanoc 1971 roku, kiedy ta murzyńska dziewczynka z Oakland w Kalifornii kończy 9 lat, po raz pierwszy pokazują się po wewnętrznych stronach jej dłoni stygmaty. Lekarze i naukowcy nie znajdują tu żadnego naturalnego wyjaśnienia. Badania mikroskopowe wykazują, że z maleńkich ranek wypływa krew. Niezwykłość tego przypadku polega na tym, że dziewczynka nie jest katoliczką. Aż do tego momentu wszyscy znani stygmatycy byli katolikami. Po jakimś czasie zjawisko to u dziewczynki znika, tak nagle jak sic pojawiło.

Twoja Ocena