W czasach gwałtownych zmian sytuacji społeczno-politycznej w Polsce ważnym punktem odniesienia był przewodniczący „Solidarności". Posiadał silną pozycję w związku, zdobył zaufanie Kościoła, Polacy traktowali go z entuzjazmem, a władze z respektem.

Jego popularność wykraczała poza granice kraju, więc rozprawiając się z „Solidarnością" junta Jaruzelskiego musiała wobec lidera ruchu postępować ostrożnie. Władze miały nadzieję, że Wałęsę uda się skłonić do współpracy, gdyż uważały go za działacza podatnego na wpływy innych. Pozbawiając go wolności (oficjalny nakaz internowania otrzymał dopiero w drugim miesiącu uwięzienia) i dostępu do doradców starano się, przez presję i manipulację, złamać symbol wolnościowych nadziei Polaków.

Lech Wałęsa, mimo izolacji, realnie oceniał sytuację, nie ulegał naciskom, wykazywał dobrą wolę, ale też zdecydowanie odmawiał współpracy, domagając się uwolnienia działaczy „Solidarności" i możliwości legalnego działania. W listopadzie 1982 napisał list do gen. Jaruzelskiego (podpisując się jako „kapral Wałęsa") z niezobowiązującą propozycją rozmów, co władze upubliczniły, sugerując, że dzięki temu go uwalniają. W następnych tygodniach powrócił do pracy w stoczni i był traktowany przez rząd jako „prywatna osoba", choć udzielał wywiadów zagranicznej prasie, kontaktował się z opozycjonistami i biskupami, a nawet odbył potajemne spotkanie z członkami podziemnej TKK.

W tym czasie MSW montowało akcję kompromitacji Wałęsy, wykorzystując do tego zmanipulowane nagrania jego rozmów z bratem. Ich emisja w telewizji i radiu miała podważyć autorytet przywódcy „Solidarności". Media rządowe były jednak niewiarygodne, a całą sprawę oceniano jako kolejną prowokację władz. Wkrótce o swojej niesłabnącej popularności Wałęsa przekonał się podczas meczu na gdańskim stadionie, gdzie przywitały go brawa i wiwaty. W październiku komitet noblowski poinformował o przyznaniu Lechowi Wałęsie pokojowej Nagrody Nobla, którą w grudniu w jego imieniu odebrali w Oslo żona Danuta i syn Bogdan, gdyż on sam obawiał się, że władze uniemożliwią mu powrót.

Nagroda wzmocniła pozycję Wałęsy zarówno w kraju, jak i za granicą. Dawała satysfakcję ludziom „Solidarności", a ekipa Jaruzelskiego po raz kolejny przekonała się, że przemoc, propaganda i wsparcie Moskwy nie gwarantują pełnej kontroli nad polskimi przemianami. Władze starały się, aby postępująca normalizacja obejmowała wszystkie dziedziny życia i z czasem doprowadziła do ponownego umocnienia roli partii, bez konieczności powszechnego odwoływania się do ZOMO i SB. Jaruzelski dbał o pozory, godząc się na perspektywiczne tworzenie nowych instytucji demokracji (od 1982 w ustroju PRL pojawiły się ustawy o Trybunale Stanu i Trybunale Konstytucyjnym) oraz inicjując działanie rad opiniujących sprawy gospodarki i kultury. Nadzorował też formowanie kolejnej fasadowej organizacji wyborczej (powołanej w miejsce FJN) - Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, aprobował likwidację niezależnych struktur (NSZZ „Solidarność", NZS, ZASP, ZLP) i tworzenie prorządowych związków zawodowych, formalnie od 1984 jako OPZZ. Innym priorytetem premiera była kontrola, co miała realizować Inspekcja Robotniczo-Chłopska.

Generał-hegemon stojący na czele rządu i partii starał się, aby proces decyzyjny następował w wąskim i nieformalnym gronie najbliższych współpracowników, których zresztą często wymieniał. W ten sposób już na początku stanu wojennego ukształtował się tzw. dyrektoriat, do którego oprócz Wojciecha Jaruzelskiego należeli przede wszystkim generałowie-ministrowie: Czesław Kiszczak (MSW), Florian Siwicki (MON), Michał Janiszewski (URM). Ważną rolę odgrywał wicepremier Mieczysław Rakowski, a na dalszym planie byli sekretarze KC, w tym sprawujący nadzór nad partią, Kazimierz Barcikowski.

Wiele wydarzeń przeczyło oficjalnym deklaracjom Jaruzelskiego o zaprowadzonym „ładzie i porządku". 1 maja nielegalne manifestacje w 29 miastach były bezwzględnie rozgonione przez oddziały ZOMO, choć w tym samym czasie pochody zorganizowane w zakładach pracy i szkołach karnie maszerowały pod trybuny, gdzie notable z PZPR chcieli świętować w starym stylu. Ale na przykład we Wrocławiu pod trybunę dotarł też pochód „Solidarności", a za nim milicja z gazem. Tak ujawniały się kolejne aberracje systemu komunistycznego w wydaniu wojskowej junty, starającej się kreować demokratyczny wizerunek.

Nie brakowało też zdarzeń ponurych, świadczących o braku kontroli ekipy Jaruzelskiego nad aparatem przemocy. W warszawskim komisariacie skatowano na śmierć maturzystę Grzegorza Przemyka, syna poetki i opozycjonistki Barbary Sadowskiej. Kiszczak zapewniał bezkarność sprawcom, a rzecznik rządu Jerzy Urban swoimi łgarstwami znieważał społeczników (między innymi prezesa ZLP), którzy upomnieli się o sprawiedliwość. Posłuszna prokuratura wzywała ich na przesłuchania, a sąd za winnych zbrodni uznał pracowników pogotowia. Władzom doradzali uczelniani eksperci od socjotechniki, zalecając manipulacje i dezinformacje.

Oficjalne zniesienie stanu wojennego dnia 22 lipca, połączone z amnestią i poprzedzone wizytą w Polsce Jana Pawła II, miało otworzyć nowy etap normalizacji. Mimo to w aresztach i więzieniach nadal przebywało prawie 100 przeciwników rządu, a nowe ustawodawstwo na czas „przezwyciężania kryzysu" dawało administracji wiele nadzwyczajnych uprawnień. Społeczeństwo reagowało na sprawy publiczne coraz większą obojętnością. Życie codzienne wyznaczały niezmienne bolączki: kolejki, bieda, zacofanie.

Twoja Ocena