views
Obsada Filmu:
- reżyseria i scenariusz: Krzysztof Łukaszewicz
- aktorzy: Leszek Lichota, Agnieszka Podsiadlik, Wiesław Komasa, Maciej Mikołajczyk, Łukasz Simlat, Izabela Kuna, Zbigniew Stryj, Krzysztof Franieczek, Tamara Arciuch, Ireneusz Kozioł, Magdalena Kuta, Jacek Pluta, Julia Kijowska, Jacek Polaczek, Andrzej Franczyk, Ewa Pająk, Mieczysław Kadłubowski, Jakub Ulewicz
- muzyka: Jarosław M. Papaj
- zdjęcia: Witold Stok
- montaż: Milenia Fiedler
Recenzja Filmu: Lincz (2010)
Mieszkańcy wielokrotnie apelowali do lokalnej policji z prośbami o pomoc w uspokojeniu niebezpiecznego sąsiada, jednakże służby trywializowały zagrożenie i nie odpowiadały na wezwania. Mieszkańcy z problemem zostali pozostawieni samym sobie. Wtedy trójka braci, nie widząc żadnego innego wyjścia z sytuacji, nie chcąc w nieskończoność czekać na pomoc policji, zdecydowała się na wymierzenie sprawiedliwości na własną rękę. Chcieli powstrzymać szaleńca przez dalszym terroryzowaniem wsi i nie dopuścić do tragedii, jaka z jego powodu mogła się stać. Jednakże w wyniku ich interwencji prześladowca zmarł, a oni (wraz z jeszcze dwoma innymi mężczyznami) zostali oskarżeni o morderstwo.
Prawdziwe wydarzenie, które rozegrało się we Włodowie było idealnym materiałem na poważny, mocny dramat, zadający odważne pytania i nie bojący się szukać na nie odpowiedzi. Film ten mógł być szerszym spojrzeniem na prawdziwą historię, pełnym opisem wydarzeń, które rozegrały się prawie sześć lat temu. Obrazem, który zbierałby poszczególne informacje, jakie napływały do nas swego czasu z mediów i w mocny sposób przedstawiał ten kawałek prawdziwego życia. Mógł być filmem zastanawiającym się jak daleko można posunąć się w obronie samego siebie i swoich bliskich. Zadającym pytanie czy w pewnych przypadkach wolno wymierzać sprawiedliwość na własną ręką, jak daleko może wykraczać obrona własna. Gdzie leży ta cienka granica między obroną samego siebie, swoich bliskich, a czynem karalnym? Mógł być obrazem portretującym zło, któremu chwilami nie sposób się przeciwstawić, wobec którego w pewnych sytuacjach jest się całkowicie bezsilnym. Obrazem sytuacji z której nie ma dobrego wyjścia, w którym każda decyzja będzie zła. Mógł być ale niestety nie jest. W tej historii leżał ogromny potencjał, który nie został ani w odrobinie wykorzystany. Niestety "Lincz" nie udał się i to potwornie.
Przez cały seans miałem nieodparte wrażenie, że twórcy nie wiedzieli jak zabrać się za ten dość trudny temat. Jak do niego podejść, od jakiej strony najlepiej go pokazać, by w przekonujący sposób wypadł na ekranie. To ich niezdecydowanie jest niestety okropnie widoczne i psuje ono cały seans, bo powoduje, że film Łukaszewicza jest strasznie nijaki. To - szczególnie na początku - zlepek nudnych scen, chwilami połączonych jakby zupełnie przypadkowo, nie tworzących żadnej logicznej czy spójnej całości. Scen, którym nie udaje się odpowiednio wprowadzić w mającą rozpędzić się akcję, ani skutecznie podnosić napięcie, w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń. Zupełnie niepotrzebnie zastosowano tu zabieg zaburzonej chronologii, do tego w sposób strasznie nieumiejętny, przez co raz przeskakujemy co chwila między przeszłością, a tym co nastąpi, a raz utykamy w jednym czasie na dłużej, zapominając jednocześnie o tym co dzieje się wcześniej/później. Te podróże w czasie wprowadzają do tej produkcji jedynie niepotrzebny zamęt i chaos. Obraz ten zamiast wyjaśniać, odpowiednio budować i prowadzić tę historię, rozmywa się na luźne obserwacje, zamiast intrygować, pokazywać bohaterów z różnych stron, jedynie udziwnia prostą opowieść, która prostą powinna pozostać.
"Lincz” charakteryzuje się niestety jedną z kilku okropnych przypadłości polskiego kina, które przez ostatnie lata, powoli zaczęło z niej wychodzić, coraz bardziej jej unikać. Mam tutaj na myśli zasadę w myśl której zamiast pokazywać coś na ekranie, jedynie mówi się o tym co akurat się dzieje lub działo. Twórcy nie dają nam szansy na zobaczenie całych sytuacji, wielokrotnie jedynie o nich wspominają w nieistotnych rozmowach. Zastępują nam obraz niepotrzebnymi dialogami, zamiast bez słów zszokować nas obrazem, odebrać nam nim mowę, wolą dosłownie opowiadać przeszłe wydarzenia. Co więcej sporo scen, w których leżał jakiś, mały bo mały, ale jednak potencjał, urywanych jest tu nagle, ściemnianych do następnych, zanim dopiero zaczną nabierać na sile, zanim zaczną sie rozkręcać. Inne natomiast, są tu kompletnie niepotrzebne, bo nic nie wnoszą do historii, służą jedynie jako szybki łącznik ale trwają w nieskończoność i są nadmiernie przedłużane. Tak jakby twórcy bali się pokazać nam prawdziwe emocje, jakby bali się, ze ich obraz będzie zbyt mocny i specjalnie go osłabili. A ten nie jest nawet brutalny, jak można było na początku sądzić, bo sceny przemocy pokazane są tu w nieprawdopodobnie nijaki, bezosobowy sposób. Nakręcone bez pazura, niedbale, jakby były zupełnie nieistotne.
Nie czuć w tym filmie żadnych emocji, wszystko jest tu powiedziane, dosłownie odegrane. Ile razy na ekranie pojawia się oprawca, tyle razy aktorzy wcielający się w postacie mieszkańców wsi, robią wielkie oczy, z przerażenia zastygają w miejscu. I tyle. Ich przeogromny strach o siebie, o swoich bliskich nie udziela się nam w trakcie seansu, nie przechodzi naturalnie na publiczność. Twórcom niestety nie udało się przetransferować strachu bohaterów na nas, przez co nie jest on współ odczuwalny, dzięki czemu kolejne minuty z podstarzałym mężczyzną na ekranie byłyby wręcz fizyczną torturą. Nie udało się to ponieważ o bohaterach wiemy tyle co nic. Ot zwyczajni ludzie, normalni mieszkańcy, niczym specjalnie się nie wyróżniający. W czasie seansu dowiadujemy się jedynie jak mają na imię, widzimy od czasu do czasu jak z przerażeniem czekają na kolejny ruch mężczyzny i koniec. Reżyser nie daje nam szansy by się do nich zbliżyć, by móc odczuwać wraz z nimi tę bezsilność wobec zaistniałej sytuacji, to przerażenie o swoje i innych życie. Co więcej nawet o samym prześladowcy nie wiemy zbyt wiele. Czemu nachodzi sąsiadów, dlaczego posuwa się do takich czynów, przez co nawet nie otrzymujemy okazji by spróbować zrozumieć jego zachowanie.
Bohaterowie "Linczu" są tylko wydmuszkami prawdziwych osób, poruszającymi się ciałami. Brakuje w tym obrazie ewolucji postaci, jakiegokolwiek ich rozwoju. Brakuje przejścia od zastraszonych, zdziwionych postępowaniem mężczyzny sąsiadów w ludzi zdolnych do morderstwa w obronie własnej i swoich bliskich. Źle wypadają również dialogi, a raczej szczątki jakie zamiast nich są wypowiadane przez bohaterów, bo inaczej tego nazwać nie można. Do całości wnoszą one tyle co nic, częściej irytując swoją nijakością i sztucznością niż do czegoś się przydając. Przez większą część seansu zupełnie nie obchodzi nas los bohaterów, ani to co wkrótce się z nimi stanie. A ponieważ dokładnie znamy tę historię, wiemy jak się ona skończy, tym bardziej jej rozwój jest mało interesujący. Reżyserowi niestety nie udała się trudna, bo trudna, ale jednak możliwa do wykonania sztuka, by dobrze znaną historię opowiedzieć w na tyle pasjonujący i ciekawy sposób, by wydała się nowa, nieznana. By niejako wymusić swoim obrazem abyśmy podczas seansu o niej zapomnieli i chłonęli jak oryginalną, po raz pierwszy zasłyszaną opowieść. Nie udało mu się wciągnąć w filmową rzeczywistość, spowodować pełnego w niej zanurzenia na niespełna dwie godziny seansu.
Jakby tego było jeszcze mało, na dokładkę dochodzi jeszcze potworna, podniosła i pompatyczna muzyka, która niszczy nawet te sceny, które same w sobie nie wypadły aż tak źle. Składa się ona z kilku wciąż, aż do znudzenia, powtarzanych kompozycji, ani trochę do siebie nie pasujących, zupełnie jakby pochodziły z kilku odmiennych filmów. Takie niezdecydowanie się na jeden wspólny motyw przewodni powoduje, że co chwila zmienia się klimat tej opowieści, a przez swoje niepotrzebne rozbuchanie muzyka podnosi ten obraz do zbyt wielkich rozmiarów, przez co sceny, które mogły być wielkie i niesamowicie silne w swoim skromnym wymiarze, stają się niezamierzenie zabawne. Bo na przykład gdy bohaterowie jadą starym samochodem po piaszczystych, wyboistych drogach z łopatami i kijami w rękach, a w tle wybrzmiewa muzyka niczym z zagranicznego widowiska o najwyższym budżecie, to obrazek taki wygląda jak jakaś okropna karykatura. Aż żal się robi. Na plus (taki prawdziwy, mocny plus) zaliczyć można jedynie trzy punkty tej produkcji. Dwa występy - Izy Kuny i Wiesława Komasy oraz ładne ponure zdjęcia Witolda Stoka. Za resztę podziękuję.
Gdzie obejrzeć film: Lincz (2010)
Film dostępny tylko za pośrednictwem płatnych platform VOD
Komentarze
0 comment