Oficjalne wstąpienie Polski do Unii nastąpiło 1 maja 2004 roku. W czerwcu Polacy wybierali po raz pierwszy swoich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego. Kampania informacyjna była jednak skromna, a społeczeństwo słabo zorientowane w kompetencjach PE. Obywatele RP w niewielkim stopniu czuli się Europejczykami, a jednocześnie spośród narodów unijnych najgorzej oceniali funkcjonowanie demokracji w swoim kraju.

Większe zainteresowanie intratnym mandatem eurodeputowanego wykazywały elity polityczne, stąd rekordowa liczba kandydatów - 35 na jedno miejsce. W wyborach frekwencja wyniosła 21% (przy średniej w UE wynoszącej 46%, a w „nowej" Unii - 28%). PO uzyskała 24% głosów i 15 mandatów, na kolejnych miejscach znalazły się ugrupowania: LPR (10 mandatów), PiS (7), Samoobrona (6), SLD-UP (5), UW (4), PSL (4), Socjaldemokracja Polska (3).

Niska frekwencja sprawiła, że najlepsze wyniki osiągnęły partie wyraźnie pro- lub antyunijne. Wśród 54 polskich deputowanych było 13 profesorów i kliku wybitnych mężów stanu: Bronisław Geremek, Janusz Onyszkiewicz, Jan Kułakowski (wszyscy z UW).

Komisarzem ds. polityki regionalnej w unijnym rządzie (Komisji Europejskiej) została Danuta Hubner (SLD). W europejskich instytucjach największe wpływy mieli posłowie PO, PSL i lewicy należący do większościowej koalicji w PE. Polacy szybko odczuli korzyści płynące z integracji. W 2005 dopłaty unijne docierały już do 85% rolników. Zwiększył się Polski eksport (zwłaszcza żywności), a otwarcie rynków pracy Wielkiej Brytanii i Irlandii powoli rozładowało napięcie związane z bezrobociem.

Komisarzem ds. polityki regionalnej w unijnym rządzie (Komisji Europejskiej) została Danuta Hubner (SLD). W europejskich instytucjach największe wpływy mieli posłowie PO, PSL i lewicy należący do większościowej koalicji w PE. Polacy szybko odczuli korzyści płynące z integracji. W 2005 dopłaty unijne docierały już do 85% rolników. Zwiększył się Polski eksport (zwłaszcza żywności), a otwarcie rynków pracy Wielkiej Brytanii i Irlandii powoli rozładowało napięcie związane z bezrobociem.

Tymczasem polska polityka zagraniczna napotkała nowe wyzwania. Na Ukrainie doszło do poważnego kryzysu politycznego w związku z wyborami prezydenckimi. Ich formalny zwycięzca, Wiktor Janukowycz, oskarżany był o fałszerstwa wyborcze i uległość wobec Rosji, dlatego zwolennicy jego rywala Wiktora Juszczenki zorganizowali protesty uliczne. Dynamika zdarzeń groziła rozlewem krwi i bezpośrednią ingerencją Rosji. Do kompromisowego rozwiązania sporu przyczyniło się osobiste zaangażowanie prezydenta Kwaśniewskiego. Wspierali go polscy politycy z różnych opcji, a także zwykli obywatele RP, którzy spontanicznie pojechali solidaryzować się z Ukraińcami. W efekcie w drugiej turze głosowania 26 grudnia, przy udziale obserwatorów zagranicznych (w tym 3000 Polaków), wybory prezydenckie wygrał Juszczenko. Skandowanie haseł na cześć Polski było jednym z wielu przejawów entuzjastycznego stosunku Ukraińców do Polaków podczas tej rewolucji, zwanej pomarańczową z racji barw organizacyjnych obozu nowego prezydenta.

Demokratyczne, europejskie i propolskie aspiracje Ukraińców budziły niezadowolenie Moskwy, z którą Warszawa miała i tak kiepskie relacje w związku z różną oceną historii (Rosjanie nie chcieli uznać zbrodni katyńskiej za ludobójstwo) oraz z powodu aktualnego uzależnienia od rosyjskich surowców energetycznych. W tym samym czasie, właśnie w kwestiach energii, Rosja porozumiała się z Niemcami. We wrześniu 2005 Władimir Putin i Gerhard Schróder podpisali umowę o budowie gazociągu, który po dnie Bałtyku dostarczałby gaz do Niemiec, z pominięciem Polski. Wywołało to negatywne komentarze Warszawy, jednak dyplomacja RP nie zdołała (w ramach NATO, UE i w relacjach dwustronnych) doprowadzić do solidarnej polityki wobec Rosji, zwłaszcza w sprawach energii.

W polityce wewnętrznej polski rząd był wciąż na równi pochyłej. Tuż po formalnej akcesji do UE Leszek Miller zapowiedział w końcu długo odwlekaną dymisję ze stanowiska premiera. Aleksander Kwaśniewski zgłosił kandydaturę finansisty Marka Belki, członka SLD, uważanego za człowieka prezydenta. Sejm przyjął tę nominację z oporami, początkowo Belka nie uzyskał bezwzględnej większości i dopiero przy kolejnym głosowaniu poparła go zwykła większość. Był to już trzeci rząd mniejszościowy od uchwalenia konstytucji, co świadczyło o względnej stabilności ustroju, odpornego na doraźne zmiany w sejmie. Taki rząd nie mógł jednak realizować reform, których wymagały finanse publiczne i służba zdrowia. Ministrowie trwali na stanowiskach lub rezygnowali, a premier godził się firmować ten tymczasowy układ do wyborów.

Najsłabszym ogniwem władzy okazała się partia rządząca. Jeszcze przed wyborami do PE z SLD wystąpiła grupa trzydziestu parlamentarzystów z Markiem Borowskim na czele, który ogłosił powstanie Socjaldemokracji Polskiej. Było to pierwsze tak głębokie pęknięcie w postkomunistycznym ugrupowaniu. Po wyborach zła passa polityków SLD trwała nadal, zwłaszcza gdy kolejne sejmowe komisje śledcze wykazały nieprawidłowości w nadzorze nad spółkami skarbu państwa. Wśród przesłuchiwanych byli premierzy Miller i Belka, wizerunkowe stracił też prezydent Kwaśniewski. Do dymisji podał się szef Agencji Wywiadu Zbigniew Siemiątkowski, którego oskarżano o przekroczenie uprawnień, co później potwierdził wyrok sądu. Z powodu korupcji sejm pozbawił immunitetu posła SLD, który wkrótce został aresztowany, z kolei wyrok sądu lustracyjnego zmusił do rezygnacji marszałka sejmu Józefa Oleksego. W marcu 2005 odwołany został wicepremier Jerzy Hausner, który nie zdołał przeforsować planu naprawy finansów. Rezygnację zapowiedział sam premier Belka, deklarując jednocześnie poparcie dla Partii Demokratycznej - formacji centrolewicowej powstałej z przekształcenia Unii Wolności. W ten sposób premier rządu (jego dymisji prezydent nie przyjął) opowiedział się za pozaparlamentarnym i opozycyjnym ugrupowaniem, do którego wkrótce przystąpił, wskazując tym samym stopień rozkładu obozu władzy.

Twoja Ocena