Otwieram oczy, rozglądam się wokoło. Żółte ściany pokoju, krzywo zawieszony obrazek i zakurzona lampa. Oto moi towarzysze. Czyżbym zapomniała, gdzie mieszkam? Nie wiem, dlaczego jestem zdziwiona. Próbuję jednak jeszcze raz sztuczki z oczami. Tym razem otwieram je powoli i sprawdzam, czy coś się zmieniło?

 Mój wzrok pada na akwarium. Ach moja śliczna złota rybka! Gdyby umiała mówić, może usłyszałabym od niej jakieś radosne dzień dobry, wstawaj, mamy dziś piękny dzień! Jednak nie... Milczy uparcie, pływając wokoło jakiegoś wodnego krzaczka. Znikąd nadziei. Czas jednak wstawać, może kawa poprawi mi humor i doda energii? Na pewno... Mniam, mniam pyszna kawusia. Sięgam do szafki, a tam — niespodzianka! Nie ma kawy, tzn. jest jakieś pół łyżeczki i ani grama więcej. To jeszcze nic! Obok szafki wisi kalendarz, a na nim pod uroczym słowem styczeń pląsa radośnie cyfra jeden! Opadam na krzesło bez siły. Jak mogłam zapomnieć? Dziś Nowy Rok! To chyba dobrze? Zastanawiam się chwilę. Nowa szansa, nowe możliwości. Teraz na pewno  wszystko mi się uda! Świat na mnie czeka, świat we mnie wierzy, czuję to! Biegnę po długopis i swój ulubiony notes. Tak, ja jestem jeszcze z tych, którzy lubią pisać ręcznie. Może z wiary w to, że mózg wtedy lepiej zapamiętuje i przez to łatwiej realizować zamierzenia? Wertuję notes, gdzie to było? Jest, w końcu! Oto moja lista postanowień noworocznych. Trochę pokreślona, lekko pożółkła i nawet jest odcisk mojego palca, który zrobiłam, aby przypieczętować wolę realizacji owego planu. Co my tu mamy?

Punkt pierwszy — rzucić palenie. To mi się udało! Nie palę od rana, a tak naprawdę już od roku. Jak to możliwe? Otóż muszę się przyznać uczciwie, że ten mój plan ma już jakieś trzy lata. Kto by się tym jednak przejmował, skoro powoli udaje mi się co nieco z niego zrealizować.

Punkt drugi — zadbać o swoją dietę. Tego dokonać udało mi się nawet wcześniej niż rzucenie palenia. Odwiedziłam miłą panią dietetyk, która wytłumaczyła mi, jak powinnam się odżywiać i trzymam się jej wskazówek (z niewielkimi odstępstwami co prawda, ale do dziś). Czuję się lepiej, jem smacznie, no i figurę też mam, muszę przyznać, niczego sobie.

Punkt trzeci — kupić psa. Tu  poszło mi trochę gorzej. Chciałam mieć jakiegoś towarzysza, ale pies, po dłuższym    namyśle i skalkulowaniu budżetu domowego, wydał mi się zbyt kosztowny i do tego nadmiernie absorbujący. Rybka za to była wprost idealna. Do tego złota! Przecież nie mogło być tak, że w jej towarzystwie nie spełni się ani jedno moje marzenie. Dbam o nią, jak sądzę, bardzo troskliwie. Karmię ją, czyszczę często akwarium, no i dużo rozmawiamy. Na pewno to docenia.

Punkt czwarty — zacząć biegać. Myślę sobie, że w sprawie tego zamierzenia muszę się w końcu zdobyć względem siebie na szczerość. Ja nigdy nie zacznę biegać. Tak naprawdę, zwyczajnie tego nie lubię. No dobra, nie lubię również wstawać rano, tylko po to, by włożyć sportowe buty i, sapiąc, oblecieć park dookoła. Wieczorem też nie mam na to czasu, ponieważ wtedy mogę obejrzeć bardzo interesujące filmy, dokładniej mówiąc seriale. Nie zrezygnuję z tej porcji codziennej rozrywki, podczas której mogę wyłączyć myślenie i przenieść się w świat ludzi, którzy mają gorzej. To dopiero relaks. Poza tym jest lam cała masa życiowych inspiracji. Nie ma mowy, bieganie  wykreślam!

Punkt piąty — zmienić pracę. To łączy się z punktem szóstym, czyli przeprowadzić się, co z kolei ma związek z punktem siódmym tj. utrzymać dobrze rokujący związek damsko-męski. Mogłabym rzec spokojnie, że moja praca jest fajna. Mam zgrany i sympatyczny zespół, ale nie jest ona sensem mojego życia. Wykonuję swoje obowiązki sumiennie i z zapałem, nawet mnie niekiedy chwalą, ale nie samą pracą człowiek żyje. Co innego z miłością! Mój wybranek mieszka niestety w innym mieście, a nawet w innym kraju, ale czy to jest problem? Nasz związek trwa już trzy lata, a od dwóch jest związkiem na odległość. Kiedy się spotykamy, jest cudownie, a kiedy któreś z nas musi wrócić do siebie, jak bumerang wraca pytanie — kto ma się przenieść? Któregoś dnia zdecydowałam, że mogę to zrobić ja. On swoją pracę kocha, ja kocham jego, poza tym nie przepadam za swoim mieszkaniem. Warunki wprost idealne do przeprowadzki. Zadanie mnie jednak jakby przerasta. Sama nie wiem dlaczego. Już trzeci rok z rzędu budzę się pierwszego stycznia sama w tym samym miejscu i z tym samym planem. Czy mi z tym dobrze? Hmm... Nie jestem bardzo nieszczęśliwa, ale żebym była szczęśliwa, to też nie powiem. W porównaniu z tym zmiana diety to pryszcz, a kupienie rybki to pestka. Co robię źle, do diaska!? Czuję, że moje życie toczy się gdzieś obok, a co gorsza może się zdarzyć lak, że jeśli czegoś nie zmienię, zacznie nim żyć ktoś inny. Ileż to po świecie chodzi tych wypielęgnowanych kobiet kuszących wzrokiem i zarzucających zgrabnym kuperkiem na prawo i lewo.

Zrobię więc nowy plan! Zapisuję energicznie: 

1.    Rezygnacja ze swojej pracy, bo już to obiecałam.

2.    Sprzedaż mieszkania lub chociaż

wynajem, bo laka kolej rzeczy.

3.    Przeprowadzka, bo on na mnie wiecznie czekać nie będzie.

4.    Znalezienie nowej pracy, bo każdy musi pracować.

To podstawa, a teraz dalej:

5.    Przeczytanie min. 10 książek, bo podobno powinnam być bardziej oczytana.

6.    Zapisanie się na lekcje tańca, bo wszyscy ciągle narzekają, że tańczę jak ofiara.

7.    Telefonowanie przynajmniej raz w tygodniu do babci, bo ona za mną tęskni.

8.    Kupno w końcu dobrego odkurzacza, żeby nikt się już nic czepiał, że gdzieś jest brudno.

Strasznie tego dużo — spoglądam na kartkę, a to przecież jeszcze nie koniec moich pomysłów na ulepszenie mojego życia. Stukam miarowo długopisem w zęby. Co jeszcze dopisać? Co jeszcze?

Twoja Ocena



Facebook Conversations