views
Chyba każdy – także osoby zamożne - staje w życiu przynajmniej kilka razy w obliczu kłopotów z brakiem gotówki. Jest to sytuacja, gdy – mówiąc potocznie – na gwałt potrzebujemy dodatkowych pieniędzy. Dobrze mieć wtedy bogatych przyjaciół, albo otwartą linię kredytową w banku. Są jednak sytuacje, gdy przyjaciele zawodzą, a w banku nie mamy szans, bo akurat nigdzie nie pracujemy (lub nie pracujemy na tzw. etacie), albo już wzięliśmy kilka bankowych kredytów. Banki wiedzą o tym fakcie z raportów Biura Informacji Kredytowej i na kolejny kredyt mogą się nie zgodzić. Wtedy ostatnią deską ratunku może być niebankowa firma pożyczkowa.
Wiele z tych firm oferuje przywiezienie pieniędzy do domu. Miły pracownik takiej firmy przyjeżdża również do domu po odbiór rat pożyczki, nie trzeba więc fatygować się na pocztę czy do banku. W oficjalnych reklamach tych firm oprocentowanie pożyczek wygląda przyzwoicie. Wszak mamy tzw. ustawę antylichwiarską, limitującą oprocentowanie pożyczek i oficjalnie to oprocentowanie nie powinno przekraczać czterokrotności kredytu lombardowego NBP. Ale firmy – jak to zwykle bywa – znalazły sposób na obejście tego limitu i często naliczają klientom dodatkowe koszty – między innymi właśnie „koszt obsługi klienta w domu”. Może to być także przerzucany na nas, klientów, koszt obowiązkowego ubezpieczenia na wypadek, gdybyśmy pożyczki nie spłacili. W rezultacie łączny koszt pożyczki w takiej firmie sięgać może kilkudziesięciu procent, a bywa – że i więcej. To sprawia, że raty bywają tak wysokie, iż często klienci zmuszeni są do szukania kolejnej pożyczki aby spłacić tą pierwszą.
Wciąż zbyt często podpisujemy różne dokumenty bez uważnego przeczytania ich treści. Miły pracownik firmy pożyczkowej zwykle wie, jak nas oczarować, abyśmy dali jego firmie zarobić jak najwięcej. Bądźmy bardziej rozważni. Jeśli się dobrze rozejrzymy, to zwykle da się pożyczyć pieniądze taniej niż to sugeruje pierwsza skierowana do nas oferta firmy pożyczkowej.
Komentarze
0 comment