views
Recenzja Filmu World War Z (2013)
O "World War Z" nawet nie można powiedzieć, że jest filmem straconych szans, to po prostu wadliwy produkt amerykańskiego przemysłu rozrywkowego, na który nie warto wydac złotówki, ponieważ grozi poczuciem zażenowania: ułomną dramaturgią, bizantyjską scenografią i efektami specjalnymi, które same w sobie nie są złe, ale w kontekście kulejącego scenariusza, sprawiają wrażenie doczepionych do niewłaściwego filmu.
Zaczyna się konwencjonalnie. Rodzinna sielanka i bum. Błyskawicznie rozprzestrzeniający się wirus atakuje ludzi, zamieniając ich w żywe trupy. Głównym bohaterem filmu jest Gerry Lane, pracownik ONZ, który nie potrafi udawać, że nie jest Bradem Pittem. Tak więc Pitt zostaje wysłany na misję, aby pomóc epidemiologowi z Harvardu odnaleźć źródło epidemii. Epidemiolog jednak szybko znika, a pomysł, żeby usunąć go z ekranu zasługuje na Złotą Malinę. Pitt będzie sam musiał ratować świat przez zagładą, a że jest MacGyverem i agentem 007 w jednym, idze mu całkiem nieźle, o czym przekonuje scena użycia granatu w samolocie (nawiasem mówiąc to jeszcze jedna scena zasługująca na jakąś Nagrodę Specjalną). Biorąc pod uwagę, ile w tym filmie jest skopanych scen, można zastanawiać się, czy Pitt w ogóle czytał scenariusz, zanim zgodził się w nim zagrać. Gra tak, jakby nie czytał.
Nie wszystko jest tu złe, ale całość pozostawia wrażenie stylistycznego bałaganu. Reżyserem "World War Z" jest Marc Forster, autor "Quantum of Solace", bodaj jednego z najsłabszych Bondów w serii. Te dwa filmy powinny być dla niego nauczką, że powinien trzymać się z dala od kina akcji.
"World War Z" na pozór ma wszystko, co powinien mieć film z zombie. Efekt jednak jest poniżej oczekiwań. Jeśli ktoś nastawia się na spotkanie z zombiakiami, a nie widział "The Walking Dead", lepiej zrobi, jeśli zostanie w domu i nadrobi serialowe zaległości.
Komentarze
0 comment